Bałkańska anatomia hybrydowej rewolty

Moskwa uważa prozachodnie aspiracje Bośni i Hercegowiny, Macedonii a szczególnie Serbii, za poważne naruszenie swoich interesów.

Nie jest odkryciem, że każda spalona operacja służb specjalnych grozi ich dekonspiracją. Najbardziej czułe pod tym względem pozostają systemy łączności oraz kontakty osobowe. Kontrwywiadowcza analiza pozwala zdemaskować metody, źródła finansowania, agentów i wrażliwe środowiska. Pół biedy, jeśli skutki wpadki ograniczają się do hermetycznego światka służb specjalnych. Gorzej, jeśli szczegóły przedostaną się do mediów, a tak było z nieudanym puczem w Czarnogórze. Rok, który upłynął od wydarzenia, pozwolił ułożyć puzzle hybrydowej rewolty, rozsypane przez wywiad wojskowy Rosji.

Wrześniowa retrospektywa

We wrześniu 2017 r. nieudany pucz w Czarnogórze znalazł finał. Sąd najwyższy bałkańskiej republiki nazwał dwóch oficerów wywiadu wojskowego Rosji, głównymi organizatorami zamachu stanu. Tym samym czarnogórski wymiar sprawiedliwości podzielił wniosek prokuratury generalnej, która oskarżyła Eduarda Szyszmakowa i Władimira Popowa o próbę obalenia ustroju konstytucyjnego. Ponadto prokuratura zarzuca im dowodzenie grupą przestępczą i terroryzm.

Obu oficerów GU – Głównego Zarządu (dawniej GRU) Sztabu Generalnego Rosji sądzi się zaocznie, ponieważ udało im się zbiec. Ich obecny status określa list gończy wystawiony przez Interpol na wniosek Podgoricy. Natomiast na sali rozpraw znalazło się fizycznie 14 innych oskarżonych o te same czyny. Wśród nich są trzej obywatele Czarnogóry, w tym liderzy prorosyjskiej opozycji oraz dziewięciu obywateli sąsiedniej Serbii. Obecność tych ostatnich nie dziwi, korzenie bowiem puczu sięgają tego kraju, a jego wykrycie zawdzięczamy przede wszystkim czujności serbskiego kontrwywiadu.

Oczywiście Moskwa zaprzecza jakimkolwiek powiązaniom z podejrzanymi, jak czyniła to z dużym uporem od października ubiegłego roku. Jednak nie ma najmniejszych wątpliwości, że za nieudanym zamachem stała Rosja, która przygotowała dla Czarnogóry scenariusz nazywany przez media ukraińskim. Jego celem pozostawała zmiana orientacji politycznej Podgoricy tak, aby uniemożliwić wstąpienie Czarnogóry do NATO oraz jej przyszły akces do Unii Europejskiej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że los zgotowany tej małej republice zachodnich Bałkanów miał być ostrzeżeniem dla prozachodnich aspiracji Serbii, Macedonii oraz Bośni i Hercegowiny. W plany Kremla wchodził także pokaz siły wobec NATO i UE wyrażony projektem asymetrycznej destabilizacji południowych granic zjednoczonej Europy. Ten wątek można traktować, jako retorsję, czyli swojego rodzaju odwet za rozszerzanie granic wspólnoty euroatlantyckiej na Wschód.

Najważniejszy jest jednak dobór skrytych metod zastosowanych przez Moskwę oraz instrument, jakim pozostają służby specjalne. Dlatego za najlepiej oddające istotę rzeczy należy uznać pojęcie wojny hybrydowej.

Aby lepiej zrozumieć, co, dlaczego i jak zdarzyło się na Bałkanach, trzeba dokonać retrospekcji, począwszy od października 2016 r. Wtedy to czarnogórski rząd, na czele z premierem Milo Dukanoviciem, ogłosił wybory parlamentarne, od których wyniku zależała kontynuacja procesu akcesyjnego do NATO. W związku z tym rosyjski wywiad wojskowy zawiązał spisek, wciągając weń promoskiewskie żywioły Czarnogóry i Serbii. W kluczowym spotkaniu, do którego doszło w Moskwie, uczestniczyli obaj oskarżeni Rosjanie oraz szef organizacji nacjonalistycznej „Serbskie Wilki” Aleksander Sindelić. Co ważne, z Wilkami jest związany były dowódca serbskiej policji specjalnej – Żandarmerii – gen. Bratislav Dikić, reprezentujący nacjonalistyczne kręgi sił zbrojnych. Bałkańscy konspiratorzy otrzymali w rosyjskiej stolicy 200 tys. euro.

Plan przewidywał, że z terytorium Serbii przeniknie 500 uzbrojonych ochotników, którzy otrzymali następujące zadania: Pierwszy oddział miał zająć miejscową Skupsztinę, aresztując parlamentarzystów i premiera lub likwidując szefa rządu. Druga grupa miała wzniecić walki uliczne, zrywające wybory, a trzecia opanować telekomunikacyjną infrastrukturę kraju.

W dniu głosowania komunikat o aresztowaniu spiskowców wydały czarnogórskie władze. W kilka dni później scenariusz puczu potwierdził ówczesny premier, a obecny prezydent Serbii Aleksander Vuczić, który jako pierwszy wskazał publicznie na wątek zagraniczny. Nieco później serbskie media potwierdziły fakt wydalenia z kraju trzech obywateli rosyjskich.

W tym samym czasie do Belgradu z tajemniczą wizytą przybył sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, a zarazem były dyrektor FSB, niezwykle wpływowy gen. Nikołaj Patruszew. Zbieżność czasowa nie pozostawia wątpliwości, że zjawił się w Serbii, aby zminimalizować nieuchronny skandal międzynarodowy.

Bo taki faktycznie rozwijał się w miarę postępów czarnogórsko-serbskiego śledztwa, w które były zaangażowane służby specjalne obu krajów, a z dużą dozą prawdopodobieństwa także adekwatne struktury państw NATO. Dzięki takiej współpracy zidentyfikowano jednego z szefów operacji, który początkowo rozpoznany jako obywatel Rosji Eduard Szyrokow, w rzeczywistości okazał się Eduardem Szyszmakowem. Do 2014 r. był zastępcą attaché wojskowego ambasady rosyjskiej w Polsce. Został jednak wydalony z naszego kraju pod zarzutem działalności sprzecznej ze statusem dyplomaty. Mówiąc wprost, nasz kontrwywiad zdobył twarde dowody, że Rosjanin prowadził działalność wywiadowczą. Reasumując, medialne ucieczki informacji, jak zawsze nieprzypadkowe oraz wyniki śledztw dziennikarskich, m.in. grupy Bellingcat, pozwalają dziś zrekonstruować obraz wydarzeń, daleko wychodzący poza sekwencję nieudanego puczu. Okazuje się, że podobnie jak w przypadku Ukrainy, także na Bałkanach rosyjskie służby specjalne od dawna przygotowywały warunki do hybrydowego ataku.



Całość w najnowszym numerze.