Dlaczego rosyjskie służby walczą o Donbas?

Donbaski schemat „powstańczy” miał zostać rozciągnięty aż po Dniepr i zakończyć się utworzeniem tzw. Małorosji, prorosyjskiej wschodniej Ukrainy. Czy ten projekt spalił na panewce?

W ostatnim czasie Donbas stał się areną starcia rosyjskich służb specjalnych. Nie chodzi jednak o tajną wojnę z ukraińskimi odpowiednikami, lecz o wyłączną kontrolę nad okupowanym regionem. Pucz w Ługańsku ujawnił opinii publicznej wewnętrzny konflikt FSB z GRU. O co walczą obie służby? To jasne, że o niebagatelne dochody z gospodarki Donbasu, a także o kanały przerzutowe narkotyków i broni.

Operetka czy opera?

Przypomnijmy, że od 2014 r. Rosja okupuje Krym oraz nadgraniczne tereny dwóch innych ukraińskich regionów wraz z ich stolicami w Doniecku i Ługańsku. Na użytek społeczności międzynarodowej rosyjska agresja została zamaskowana rzekomą wolą miejscowej ludności, która spontanicznie powstała przeciwko kijowskiej „juncie”, jak kremlowska propaganda nazywa legalne władze Ukrainy. Nikt w demokratycznym świecie nie uwierzył jednak w moskiewskie bajki, nazywając rzecz po imieniu, czyli hybrydową wojną. Przy tym wojną zakrojoną szerzej niż oderwanie przygranicznych terenów.

Pierwotny scenariusz zakładał przecież rozbiór Ukrainy. Donbaski schemat „powstańczy” miał zostać rozciągnięty aż po Dniepr i zakończyć się utworzeniem tzw. Małorosji, prorosyjskiej wschodniej Ukrainy. Projekt spalił na panewce, bo Ukraińcom udało się obronić niepodległość i integralność terytorialną, oczywiście na miarę słabej armii i jeszcze słabszych służb specjalnych.

Niemniej jednak, siłą faktów dokonanych Kreml utworzył na okupowanych terenach tzw. doniecką i ługańską republiki ludowe (DNR i ŁNR). Obie posiadają imitację suwerennych władz, na czele z operetkowymi odpowiednikami prezydentów oraz równie dekoracyjnymi parlamentami. Fasadowe instytucje uzasadniają obecność sił okupacyjnych, ubranych dla niepoznaki w nazwę korpusów ludowej milicji. Są to regularne jednostki rosyjskiej armii, które uzupełniają miejscowi i rosyjscy najemnicy. Siły liczą ok. 36 tys. żołnierzy, z czego 8 tys. stanowią rosyjskie oddziały przebywające na Ukrainie na rotacyjnej zasadzie. Natomiast stałe jest uzbrojenie korpusów pochodzące z rosyjskich arsenałów, w ilości ponad pół tysiąca czołgów i tysiąca innych maszyn bojowych, co z lichwą przewyższa potencjał ukraińskiej armii.

Nieuznawane nawet w Moskwie quasi twory państwowe, są jej potrzebne do destabilizowania i ingerowania w wewnętrzne sprawy sąsiada. Mówiąc wprost, celem ich istnienia jest zahamowanie prozachodniego kursu Kijowa, który wyraża się aspiracjami członkowskimi do UE i NATO. Władze ukraińskie nazywają odseparowane rejony skrótem ORDŁO, co można przetłumaczyć jako czasowo okupowane rejony obwodów donieckiego i ługańskiego.

Krótki zarys geopolityczny jest potrzebny, aby zrozumieć, co stało się w Ługańsku. Wydarzenia można nazwać puczem, choć lepszą nazwą są wewnętrzne porachunki różnych grup rosyjskich figurantów postawionych na czele władz okupacyjnych. Otóż prezydent ŁNR Igor Płotnicki postanowił zdymisjonować szefa MSW Igora Korneta. Ten jednak wyprowadził na ulice miasta uzbrojone oddziały i nie podporządkował się decyzji zwierzchnika. Uzyskał przy tym zbrojną pomoc od lipnego przywódcy sąsiedniej DNR i ogłosił, że Płotnicki to zdrajca, który spiskuje z Kijowem. Po kilku dniach napięcia, za rozwiązanie problemów wzięła się Moskwa, do której udały się zwaśnione strony. Płotnicki został usunięty, ale jego miejsca nie zajął zbuntowany rywal, tylko Leonid Piasecznik. Warto zapamiętać nazwisko nowego faworyta Kremla. Aby rozjemcza decyzja Kremla wyglądała poważnie, do ŁNR wjechały pancerne kolumny z rosyjskiego obwodu rostowskiego. Taki fakt potwierdziła misja obserwacyjna OBWE.

I cóż z tego, można zapytać, bo skoro Putin utworzył na Ukrainie bananowe republiki, to po ich władzach nie można spodziewać się niczego innego. Otóż wcale nie, choć ukraińska prasa wyśmiewa pucz. Media ironicznie parafrazują kodowe hasło uruchamiające zamach stanu hiszpańskich frankistów: nad całym Donbasem niebo jest bezchmurne. To wszystko prawda, ale nie dla korporacyjnych interesów dwóch rosyjskich służb specjalnych. Wbrew operetkowości wydarzeń, to one pociągają za sznurki kremlowskich kukiełek.

Pierwszą jest Federalna Służba Bezpieczeństwa, która nadzoruje sytuację wszystkich państw, które wykluły się z radzieckich republik. FSB zapobiega, z różnym zresztą skutkiem, takim wydarzeniom jak kijowski Majdan, czyli dba o promoskiewską lojalność miejscowych reżimów władzy. Drugą jest Główny Zarząd Ministerstwa Obrony (GU), czyli dawny Główny Zarząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego (GRU). Obie służby odegrały rolę kluczowych instrumentów hybrydowej strategii Putina.

Filary agresji

Jeśli przypomnimy sobie jak rozpoczynała się rosyjska agresja, to z ówczesnych doniesień medialnych wyłania się obraz separatystycznych bojówek znikąd. Na hasło z Kremla powstali anonimowi przywódcy, którzy pociągnęli za sobą anonimowe tłumy zmanipulowanych przez rosyjską propagandę. Tak zajęto wszystkie urzędy państwowej i lokalnej administracji. W ten sam sposób przejęto infrastrukturę niezbędną do codziennego życia. Na pozór spontaniczne działania tłumu wsparły natychmiast zbrojne bojówki, które korzystając z chaosu, zaję?y komendy milicji i?S?u?by Bezpiecze?stwa Ukrainy, zdobywaj?c arsena?y.

ły komendy milicji i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, zdobywając arsenały.

To tylko powierzchowna informacja lub raczej iluzja, o którą zadbały rosyjskie służby specjalne. Dziś na światło dzienne wychodzi prawda o ówczesnych wydarzeniach, na którą składa się praca agenturalna prowadzona wśród ukraińskich polityków, przedstawicieli biznesu, administracji, a co najważniejsze, struktur siłowych. Cała donbaska milicja natychmiast przeszła na stronę Moskwy, a w jej ślady poszła znaczna liczba funkcjonariuszy SBU, w tym jej uzbrojone formacje.

Jednak przyciskiem spustowym zdrady była tajna infiltracja nadgranicznych regionów dokonana przez jednostki specjalne GRU i FSB. Kilkutysięczna grupa uzbrojonych funkcjonariuszy obu służb została przerzucona na wschodnią Ukrainę już wczesną wiosną 2014 r. i zakonspirowana przez rosyjskich agentów we władzach i strukturach siłowych. Na rozkaz z Moskwy uruchamiający niepokoje społeczne, uzbrojone grupy wyszły z ukrycia, realizując bardzo precyzyjny plan sparaliżowania regionu.

Świadczą o tym uzyskane później dowody, które mówią, że w marcu 2014 r., a więc na miesiąc przed rosyjską agresją, w szeregu donbaskich miast znalazł się w komplecie 45 pułk GRU. Z chwilą rozpoczęcia militarnej fazy ataku na Ukrainie pojawiły się dodatkowe cztery bataliony GRU, działające w grupach liczących od 10 do 12 osób. Unikały bezpośredniego zaangażowania w walkę, koncentrując się na organizacji miejscowych bojówek rekrutowanych z elementu przestępczego i rzesz bezrobotnych.

GRU dostarczał także szczegółowych informacji o działaniach ukraińskiej armii, ochotniczych batalionów i SBU. Rosyjski wywiad wojskowy obsługiwał także urządzenia walki radioelektronicznej, które odegrały bardzo ważną rolę w zakłócaniu systemu dowodzenia przeciwnika. Nie znaczy to, że GRU nie prowadził bezpośredniej walki. Wręcz przeciwnie, tylko w zakamuflowany sposób.

Otóż w Rosji istnieje kilka prywatnych firm zajmujących się rekrutacją najemników. Ich geneza tkwi w ochronnych potrzebach rosyjskich koncernów surowcowych. Na ich potrzeby powstały pierwsze uzbrojone formacje, nazwane prywatnymi armiami Gazpromu czy Rosnieftu. Gdy Putin wziął kurs na eskalację relacji międzynarodowych, firmy rekrutacyjne, kierowane przez oddelegowanych, wysokich oficerów GRU, FSB i MSW zmieniły profil. Przez ich sito przeszedł praktycznie cały nabór na potrzeby wojny ukraińskiej i syryjskiej.

Sposób jest prosty. Organizacje weteranów i oficerów rezerwy rozpowszechniają informacje o potrzebach kadrowych, profesjonalnych wymaganiach oraz warunkach płacowych. Najmilej widzianymi kandydatami są zawodowi żołnierze, którzy przeszli tzw. gorące punkty, czyli poradzieckie konflikty zbrojne. Preferowane są specjalności techniczne, saperskie i snajperskie oraz służba w wojskach powietrzno-desantowych. Tym sposobem GRU zwerbowało praktycznie wszystkie zespoły dywersyjno-zwiadowcze działające na froncie donbaskim.

Po zawarciu porozumień mińskich, zawieszających gorącą fazę agresji, obecność GRU zaznaczyła się w organizacji obu korpusów „milicji”. Ich szkoleniem i uzbrojeniem zajmują się oficerowie liniowi rosyjskiej armii i to oni stanowią kadrowy szkielet dowodzenia oraz wojsk technicznych. To GRU zdyscyplinował poszczególnych watażków, doprowadzając do scalenia wszystkich band w jedną armię.

Natomiast zadania FSB są subtelniejsze. Oddelegowani funkcjonariusze werbowali agentów przed rozpoczęciem wojny, a po jej wybuchu przeciągali na rosyjską stronę kluczowych przedstawicieli administracji i biznesu. Służba natychmiast podporządkowała sobie miejscowe media, w tym rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne. Prowadziła i prowadzi wojnę psychologiczną oraz propagandę, oddziałując także na ludność nieokupowanych rejonów Donbasu. Nadzoruje również ważne obiekty infrastrukturalne.

W sumie FSB aspiruje do roli głównego kontrolera politycznej lojalności regionu. Dba równolegle o kontrwywiadowcze zabezpieczenie ORDŁO, prowadząc także wywiad po stronie ukraińskiej. Nie wyklucza to jednak wcale aktywnego udziału militarnych formacji tej służby.

FSB też ma swoje firmy rekrutacyjne, pod ich przykryciem werbując najemników do struktur bezpieczeństwa bananowych republik. Plasuje w nich następnie swoich kadrowych funkcjonariuszy, przejmując

faktyczną kontrolę nad quasi państwowymi instytucjami cywilnymi. Taki podział kompetencji nie zapobiegł, ale wręcz doprowadził do konfliktu pomiędzy FSB i GRU.

-----------------------

Całość w najnowszym numerze.