Dossier Trumpa

Rozłam elit i społeczeństwa, ataki hakerskie, korowód śmierci, fala aresztowań oraz oficjalne śledztwa. Wirujący lej rosyjskich służb specjalnych wciąga nowe ofiary, nabierając rozmiaru amerykańskiej katastrofy. Nieprzypadkowo hybrydowa ingerencja została nazwana Russiagate, samą operację można porównać do wielowarstwowego tortu. Zamiast wisienki rolę kandyzowanego zdobnika pełni „dossier Trumpa”, zawierające pakiet informacji kompromitujących prezydenta USA.

Od ponad roku światem polityki, mediów i służb specjalnych wstrząsają drgawki Russiagate, czyli afery wywołanej kremlowską ingerencją w wewnętrzne sprawy Stanów Zjednoczonych, jedynego supermocarstwa, politycznej i militarnej ostoi demokracji. Jednym z kluczowych elementów pozostaje tzw. dossier Trumpa, czyli upubliczniony zestaw materiałów kompromitujących obecnego prezydenta USA oraz osoby z jego najbliższego otoczenia. Czas, jaki upłynął od rozpoczęcia skandalu, ujawnione wątki, a przede wszystkim wyniki oficjalnych i dziennikarskich śledztw, pozwalają na wysunięcie pierwszych wniosków. Ich wspólnym mianownikiem jest niekwestionowane sprawstwo rosyjskich służb specjalnych, działających na rozkaz Kremla. To jedyny punkt wspólny dla ustaleń, bo wszystkie inne raczej gmatwają, niż wyjaśniają, a głównie dzielą. Na tych, którzy wierzą w autentyczność dossier, i tych, którzy kategorycznie nazywają jego zawartość fałszywką. Niestety w żaden sposób nie przyczyniając się do odsłonięcia metod spreparowania oraz uwiarygodnienia kompromatu, jak Rosjanie nazywają podobną dokumentację. Tak samo jest z celami prowokacji, choć wydawałoby się, że akurat ta kwestia jest bardziej niż oczywista. Na dodatek tło, w postaci wydarzeń, które nastąpiły już po wybuchu skandalu, dodatkowo zaciemniają sytuację, utrudniając skutecznie odsianie ziaren od plew. Wypada zatem krótko przypomnieć, co zawiera dossier oraz jaką drogą trafiło na światowe łamy.

Oskarżenia o kremlowską ingerencję w przebieg kampanii wyborczej pojawiły się latem ubiegłego roku, gdy sztab partii demokratycznej oskarżył rosyjskich hakerów o penetrację swoich serwerów oraz prywatnej poczty Hillary Clinton. Następnie pod tym samym adresem padły oskarżenia o manipulację amerykańską opinią publiczną na korzyść kandydata republikanów Donalda Trumpa, co zdaniem przegranych miało ogromny wpływ na wyniki głosowania.

Prawdziwa burza rozpętała się w styczniu tego roku, gdy amerykański tytuł BuzzFeed opublikował 32 strony tzw. dossier Trumpa. Materiał kompromitujący, poprzedzony został redakcyjnym komentarzem, popartym wynikami śledztwa dziennikarzy magazynu. Końcowa opinia zawierała bardzo wstrzemięźliwą ocenę wiarygodności, związaną z niską oceną źródeł informacji oraz przemieszaniem wątków prawdopodobnych i kłamstw.

Według opublikowanych danych Donald Trump miał znaleźć się w polu zainteresowania najpierw radzieckich, a potem rosyjskich służb specjalnych z przyczyn biznesowych. Kilkakrotnie odwiedzał ZSRR i Rosję, współorganizując i współfinansując projekty dobroczynne oraz komercyjne. Jako potencjalne źródło informacji lub agent wpływu, w zasięgu aktywnego rozpracowania operacyjnego, miał się znajdować od 8 lat. Było to równoznaczne z podjęciem wobec Trumpa aktywnej gry operacyjnej, polegającej na wciąganiu w działalność agenturalną. Na przykład biznesmen przekazywał informacje o sytuacji osobistej i finansowej rosyjskich oligarchów mieszkających w USA. Pytanie, czy robił to świadomie, czy nie?

W podobny dialog byli z czasem wprowadzeni ludzie z najbliższego otoczenia Trumpa, np. jego prawnik. Zresztą rosyjskie służby zadbały najprawdopodobniej o wprowadzenie w środowisko przyszłego prezydenta USA swoich agentów. Ponadto dysponowały tzw. materiałami nacisku, czyli nagraniami rzekomych seksualnych ekscesów amerykańskiego biznesmena (z udziałem podstawionych prostytutek), gdy ten zatrzymywał się w moskiewskim hotelu Ritz. Gdy Trump zdecydował się na walkę wyborczą, kanały dialogu już istniały i zostały przez Kreml wykorzystane do gry o dużo większą stawkę. Tym razem rosyjskie służby miały zaoferować kandydatowi na prezydenta materiały kompromitujące Hillary Clinton. W rozmowy merytoryczne byli rzekomo zaangażowani syn Trumpa, jego zięć oraz prawnik. Odbywały się w USA, jak również na neutralnym terenie UE, dokładnie w czeskiej Pradze.

Amerykańska naiwność?

Materiały BuzzFeed niosą więc przesłanki, iż Trump wygrał wybory dzięki pomocy Kremla, na dodatek łamiąc prawo oraz święte w USA zasady etyki i moralności. Jeszcze gorszym sygnałem byłoby seksualne uwikłanie wskazujące, że prezydent USA może być szantażowany przez rosyjskie służby specjalne. A to gorzej niż zwykłe przestępstwo, bo decyzje polityczne podejmowane pod wpływem obcych wywiadów kwalifikuje się jako zdradę państwa. Nic dziwnego, że opublikowanie dossier wywarło efekt wybuchu atomowego. Materiały stały się przedmiotem trzeciego, po atakach hakerskich, oficjalnego śledztwa amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości i komisji parlamentarnej.

Dziennikarze skoncentrowali się początkowo na osobie domniemanego autora, którym okazał się Christopher Still. Były oficer brytyjskiego wywiadu MI 6, który pracował na kierunku rosyjskim, jest obecnie właścicielem prywatnej wywiadowni. Żyje ze zdobywania i sprzedaży informacji, działając na zamówienie własnych i amerykańskich służb oraz międzynarodowych instytucji, a także korporacji. I był przez nie dobrze oceniany, prowadząc na przykład skuteczne dochodzenie w sprawie korupcji FIFA, dzięki której Rosja i Katar otrzymały prawo organizacji piłkarskich mistrzostw świata w latach 2018 i 2022. Według BBC, anonimowi agenci FBI oceniali wiarygodność informacyjną Stilla na 80 proc., a to poziom wybitny. Na pewno taka renoma zadecydowała, że w 2016 r. otrzymał „zamówienie” na Trumpa, złożone przez anonimowego polityka partii republikańskiej. Gdy Trump otrzymał nominację własnej partii, anonimowy polityk wycofał zlecenie jako bezprzedmiotowe. Wtedy Still zaoferował usługi sztabowi Hillary Clinton. Jednak gdy wszedł w posiadanie informacji zagrażających bezpieczeństwu USA, a już demokratyczny odbiorca nie zareagował na podniesiony alarm, Still miał przekazać kluczowe elementy dossier FBI.

Nie wyjaśnia to jednak sposobu, w jaki materiały wpadły w ręce redakcji BuzzFeed. Pierwszy trop poddaje artykuł z czerwca 2016 r. w którym „The Washington Post” informował o włamaniu hakerskim do sztabu wyborczego Hillary Clinton. Skradziono wówczas pliki zawierające wyniki dochodzenia demokratów na temat Trumpa. Pytanie, czy chodziło o ówczesne wyniki pracy byłego agenta MI 6? Drugim tropem jest samo FBI, co wydaje się najmniej prawdopodobne. Wiarygodniejszy jest przeciek z byłej administracji Baracka Obamy.

Lecz najwięcej wątpliwości budzi wiarygodność informacji zebranych przez Stilla. Problem w tym, że chroniąc własne źródła, autor dossier czyni je nieweryfikowalnymi. Z drugiej strony, niezależni eksperci, najczęściej byli oficerowie wywiadu USA i Wielkiej Brytanii wskazują, że potencjalne kontakty Stilla w Rosji musiałyby plasować się w najwyższych kręgach władzy. Podają tym samym w wątpliwość dostęp byłego agenta do kluczowych osobistości Kremla. Za werbunek takich ludzi zachodnie służby specjalne oddałyby wszystkie pieniądze. Zresztą jeden z informatorów przy bliższym poznaniu okazuje się hochsztaplerem i mitomanem. Chodzi o źródło „D” dossier, zidentyfikowane jako Siergiej Milian, którego prawdziwe nazwisko brzmi Kukuć. To Białorusin z urodzenia, który poprzez Rosję wyemigrował do USA. Milian – Kukuć w sieciach społecznościowych prezentuje się jako bliski znajomy Trumpa, jego biznesowy wspólnik i nieomal mentor w sprawach rosyjskich. Miał pośredniczyć w kontaktach Trumpa z Kremlem. Tyle że weryfikacja zażyłości z prezydentem USA sprowadziła się do usług maklerskich Kukucia w jednym z projektów budowlanych Trumpa na Florydzie i wspólnego zdjęcia. Co nie znaczy, że taką osobę można lekceważyć, bo rosyjskie służby specjalne zarzucają sieci naprawdę szeroko.

Słowem, jak wykazują analizy FBI (informacje z przecieków prasowych), dossier składa się z mieszanki prawdy, opartej na znajomości metod pracy rosyjskich służb oraz zręcznych kłamstw, tak aby powstała kompilacja nosząca znamiona prawdopodobieństwa. Na przykład wiadomo, że wikłanie zachodnich dyplomatów oraz biznesmenów w afery seksualne lub obyczajowe (hazard, narkotyki, alkohol), to wręcz popisowy numer Łubianki, która od czasów ZSRR specjalizowała się w takich podstawkach. Zatem informacja o moskiewskich ekscesach erotycznych, znanego z nieobliczalności Trumpa nosi wysoki stopień prawdopodobieństwa.

Nieco inaczej należy interpretować rosyjskie kontakty jego sztabu wyborczego, w rzekomym celu zdobycia informacji kompromitujących Hillary Clinton. Na pytanie jednego z senatorów ówczesny dyrektor FBI James Comey odpowiedział, że rzecz idzie o świadomości kontaktu z rosyjskim wywiadem lub jej braku. Jak się wydaje, sama chęć uzyskania materiałów obciążających Clinton stoi poza wszelką wątpliwością.

Tymczasem rosyjskie służby (prawdopodobnie SWZ) po mistrzowsku skrywają swoje oblicze, wykorzystując agentów i instytucje przykrycia. I tak doradcy Trumpa prowadzili dialog z naturalizowanymi w USA Rosjanami, rosyjskimi partnerami biznesowymi lub z takimiż dyplomatami. Wreszcie jak w przypadku rzekomego spotkania w czeskiej Pradze, z reprezentantem Rossotrudniczestwa – rządowej agencji softpower, zarządzającej m.in. instytutami kultury i mediami (Sputnik). Niemniej jednak zdrowy rozsądek nakazywał, aby mieć się na baczności, bo na przykład oficerowie zachodnich służb mają taki nawyk na poziomie podświadomości. Aż prosi się o pytanie do FBI, jak wyglądała kontrwywiadowcza ochrona wyborów? Czy otoczenie Trumpa, nie wyłączając jego samego, było tak zaślepione celem, że szło po zwycięstwo, nie zważając na koszty? Niemniej jednak Russiagate pozwala prześledzić metody działania rosyjskich służb specjalnych.



Całość w najnowszym numerze.