Gra w zielone

Jak Wojskowe Służby Informacyjne zarabiały pieniądze.

Wojskowe Służby Informacyjne robiły kasę w wielu branżach, ale kilka z nich trzeba zaliczyć do najważniejszych.

Rankiem 3 grudnia 1992 r. na biurko Ministra Obrony Narodowej Janusza Onyszkiewicza trafiło zarządzenie dotyczące działalności operacyjno – rozpoznawczej Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI). Zanim się jednak tam znalazło, musiało wiele dni poczekać. Minister nie był człowiekiem zorganizowanym i wszystko w jego gabinecie toczyło się bez ładu i składu. Złośliwi mówili nawet, że Onyszkiewicz nie potrafi zorganizować swojego gabinetu, bo najzwyczajniej w świecie nie wie, jak to zrobić. Dopiero jeden z jego współpracowników, ponaglany przez szefa WSI, przedłożył mu wspomniane zarządzenie na biurko rekomendując, że jest to bardzo ważna sprawa, bez której wojskowe służby nie będą mogły działać. I to okazało się decydujące. Tamtego dnia minister miał do podpisania wiele innych dokumentów, o które prosiły różne komórki podległego mu resortu, a które również znalazły się na jego biurku. Poza tym za dwie godziny miało się odbyć posiedzenie Rady Ministrów, na którym miały być omawiane m.in. sprawy związane z naszą armią. Nie mógł więc się na nie spóźnić. Czasu było zatem bardzo niewiele i nie było nawet możliwości dokładnego przestudiowania wszystkich dokumentów, które miał podpisać. Zresztą minister nawet gdyby czas pozwolił, także odpuścił by sobie studiowanie dokumentów pisanych bełkotliwym wojskowym językiem, którego nie zamierzał sobie przyswajać. Gdy usłyszał, że przedłożone zarządzenie to rzecz pilna, szybko złożył na nim swój podpis. Potem to samo zrobił także na innych dokumentach, które mu wówczas dano do podpisu. Jednak zarządzenie odnoszące się do działalności operacyjno-rozpoznawczej WSI miało szczególne znaczenie: zezwalało wojskowym służbom na zasilanie ich funduszu operacyjnego środkami finansowymi, które mogły być pozyskiwane w toku działalności operacyjnej. Na dodatek całkowicie wyłączało fundusz operacyjny WSI spod jakiejkolwiek kontroli innych organów państwa. Dla wojskowego wywiadu i kontrwywiadu podpisane przez Onyszkiewicza zarządzenie to była naprawdę wielka rzecz, otwierająca im szerokie perspektywy na pozyskiwanie funduszy i to poza jakąkolwiek kontrolą (mieliśmy już wolną Polskę i wolny rynek).

FOZZ – posag WSI

Wcale nie było tak, że WSI weszły do wolnej Polski jako uboga panna, bez żadnego posagu. Było wręcz przeciwnie. WSI miały posag, zdobyty w czasie, gdy zaczynała się polska transformacja. To była kasa „wyjęta” przez wojskowe służby z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), który powołano 15 lutego 1989r. , kiedy pełna parą toczyły się już obrady Okrągłego Stołu, mające zaprowadzić nas do demokracji i wolnego rynku. FOZZ od początku był jednak pod pełną kontrolą ludzi PRL-wskich służb specjalnych. Prawie wszyscy członkowie Rady Nadzorczej FOZZ (Janusz Sawicki, Dariusz Rosati, Grzegorz Wójtowicz, Zdzisław Sadowski, Jan Wołoszyn i Jan Boniuk) byli tajnymi współpracownikami którejś z nich. Jednak swoisty pakiet kontrolny miał w Funduszu Oddział Y, najbardziej zakonspirowana komórka Zarządu II Sztabu Generalnego, czyli wywiadu wojskowego. Jej najważniejszym agentem był w FOZZ Grzegorz Żemek, jego dyrektor generalny, a zarazem jej tajny współpracownik o pseudonimie „Dik”. Oficjalnym zadaniem FOZZ miało być skupowanie zagranicznych długów PRL na rynku wtórnym po dużo niższych cenach, co wynikało z niskich notowań tego długu. Jednak w rzeczywistości wykup polskiego długu nie stał się głównym celem działania funduszu. FOZZ na wykup polskiego długu przeznaczał jedynie niewielki ułamek wszystkich swoich środków, jakimi wówczas dysponował. Jak wynikało z oficjalnych bilansów, w latach 1989–1990 FOZZ otrzymał na swoje zadania ok. 1,7 mld USD, z czego na ustawowe cele wydał 69 mln dolarów, nabywając dług o nominalnej wartości 272 mln dolarów. Gdzie zatem podziało się prawie półtora miliarda dolarów? Na to pytanie do dzisiaj trudno jest precyzyjnie odpowiedzieć. Nie zdołała na nie także odpowiedzieć działająca w latach 2006–2008 Komisja Weryfikacyjna ds. WSI. Głównie dlatego, że dokumentacja po FOZZ okazała się zdekompletowana. Wiele jednak wskazuje że to właśnie owe półtora miliarda dolarów stało się posagiem WSI.

Intratna robota przy spadkach

WSI robiły również w branży spadkowej. Przejmowały spadki obywateli zachodnich krajów, którzy zmarli bezpotomnie. Najczęściej byli to obywatele żydowskiego pochodzenia, którzy urodzili się w Polsce, albo mieli w niej kiedyś rodziny. Dzięki odpowiedniej legendzie i podrobionym papierom, oficerowie wywiadu WSI mogli skutecznie przejmować ich spadki, które były znacznej wartości. Zadania te realizował głównie wspomniany już Oddział Y. Wojskowi wpadli na pomył przejmowania spadków na Zachodzie w drugiej połowie lat 80- tych. Jedna z pierwszych tego typu operacji została przeprowadzona już w 1986r., kiedy tajny współpracownik Oddziału Y o pseudonimie „Laufer” (Tadeusz Mrówczyński) został przejęty od Służby Bezpieczeństwa (SB) przez płk Konstantego Malejczyka, późniejszego szefa WSI. „Laufer” podszył się pod spadkobiercę zmarłego bezdzietnie Arie Lipszyca, obywatela Kanady żydowskiego pochodzenia i na przełomie 1990 i 1991r. zdołał przejąć po nim spadek wynoszący łącznie około 150 tys. dolarów. „Laufer” nie miał większych problemów z tym, aby przed sądem w Toronto wykazać, że to on jest najbliższym krewnym zmarłego i właśnie jemu należy się spadek po nim. Problem powstał dopiero po przejęciu wspomnianego spadku, gdy do sądu w Toronto zaczęli zgłaszać się faktyczni krewni Arie Lipszyca. Jednak gdy to nastąpiło, „Laufer” wraz z przejętym spadkiem byli już w Polsce. Oficerowie z Oddziału Y przeprowadzili wiele takich operacji. Nie o wszystkich wiemy. Weryfikatorzy WSI natrafili na dokumentację jeszcze jednej, równie ciekawej sprawy spadkowej, którą zrealizował wspomniany Oddział Y. Została ona przeprowadzona na początku lat 90-tych na terenie Szwajcarii. Przejęto majątek po zmarłym obywatelu tego kraju, który również miał kiedyś rodzinę w Polsce. W grę wchodziła kwota prawie 1 miliona franków szwajcarskich w gotówce i nieruchomości warte co najmniej dwa razy tyle. Nie wiadomo, co stało się ze wszystkimi przejętymi przez WSI spadkami. Według szefów WSI miały one trafić do kasy służb. Jednak weryfikatorzy nie znaleźli dokumentacji, która potwierdzałaby tę wersję i właśnie dlatego złożyli doniesienie do prokuratury. Ostatecznie śledztwo w tej sprawie podjął pion śledczy IPN. Prowadzący je prokurator Adam Sidor komunikował wówczas, że w tym wypadku mamy do czynienia z ewidentnym przestępstwem, ponieważ nikomu nie wolno nielegalnie przejmować spadków, przy wykorzystaniu sfałszowanej dokumentacji i że za takowy czyn grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności. Jednak śledztwo to nie doprowadziło do skazania gen. Konstantego Malejczyka i innych oficerów z Oddziału Y, którzy, jak wspomnieliśmy, realizowali operacje spadkowe.

Pro Civili – wielobranżowa fundacja WSI

Fundacja Pro Civili na trwałe zapisała się w historii Wojskowych Służb Informacyjnych. Głównie za sprawą upublicznionego w lutym 2007r. przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego raportu z weryfikacji WSI, w którym poświęcono jej wiele miejsca. Do końca nie wiadomo czyim pomysłem było jej utworzenie. Niewątpliwie kluczową rolę w jej zorganizowaniu a potem kierowaniu nią odegrał kpt. Piotr Polaszczyk, oficer stołecznego kontrwywiadu WSI, który w latach 1992–1995 zajmował się tzw. osłoną obiektową Wojskowej Akademii Technicznej (WAT). W każdym razie Pro Civili była przedsięwzięciem od początku kontrolowanym przez WSI. Miała też ich pełną ochronę. Ludzie związani z Fundacją Pro Civili powołali kilkadziesiąt podmiotów ściśle z nią powiązanych osobowo i kapitałowo ( m.in. spółki Glicor, Kiumar, Sicura, Adar, Ortis, PolBot, Budomix, Pati Sp. z o.o., Pati-Soft, Inter-Ius i inne). Pro Civili zawarła z nimi setki fikcyjnych umów na sprzedaż i leasing nieistniejących produktów, maszyn, samochodów, systemów komputerowych o łącznej wartości setek milionów złotych. Umowy te były jedynie podstawą do wyłudzania wielomilionowego zwrotu podatku VAT, a także sprzedaży zaprzyjaźnionym bankom wierzytelności z umów leasingowych oraz wyłudzania od nich kredytów, których łączna wartość oscylowała w granicach co najmniej 100 mln złotych. Fundacja Pro Civili od samego początku prowadziła również działania, które moglibyśmy dzisiaj określić jako klasyczne pranie brudnych pieniędzy pochodzących m.in. od grupy pruszkowskiej, z którą miała bliskie powiązania. Oczywiście największą ofiarą Fundacji Pro Civili i spółek z nią związanych stała się Wojskowa Akademia Techniczna (WAT) gdzie, jak już wspomnieliśmy, kpt. Piotr Polaszczyk był oficerem obiektowym. Pro Civili oraz podmioty z nią związane zawierały z WAT różnego rodzaju umowy, najczęściej na dostarczenie jakichś towarów bądź świadczenie jakichś usług, za które WAT bez oporów słono płacił. Ze strony WAT sygnatariuszem tych transakcji było powstałe przy tej uczelni Centrum Usług Produkcyjnych WAT. Przykładem tych transakcji może być m.in. zakup systemu do zabezpieczania dokumentów „Axis” (system ten miał służyć do zabezpieczenia dokumentów przed podrobieniem i umożliwiać szybką, bezbłędną weryfikację ich wiarygodności), ale okazało się, że w rzeczywistości w ogóle on nie istniał. Dokonane w toku późniejszego śledztwa ustalenia podważyły samo istnienie wspomnianego programu. Innym przykładem takich umów była umowy leasingu jachtu motorowego przez Korporację Adar S.A. dla WAT. Pierwsza z nich została zawarta na kwotę ok. 36 mln zł a druga na kwotę prawie 20 mln zł. Właścicielem jachtu cały czas pozostawała cypryjska firma Parsley Co. Ltd., która, jak się okazało, miała bliskie powiązania ze spółkami stworzonymi wokół Pro Civili. Oczywiście głównym celem zawarcia tych umów był transfer pieniędzy z kasy WAT za granicę, które to pieniądze zostały bezpiecznie ulokowane na kontach w Bank of Cyprus. Takich umów CUP WAT z Pro Civili bądź podmiotami z nią powiązanymi zawartych zostało znacznie więcej. Było to możliwe, ponieważ WSI miały zawsze pełną kontrolę nad WAT i jej wszystkimi poczynaniami, za sprawą zatrudnionych w niej swoich ludzi. Wystarczy wspomnieć, że w omawianym czasie zastępcą komendanta WAT ds. ekonomicznych był płk. Romulad Miernik, który przyszedł na to stanowisko z kontrwywiadu WSI. W gruncie rzeczy WSI miały pod kontrolą obie strony tych fikcyjnych umów. Cała sprawa wyszła na jaw, gdy w 1998 r. skarbówka zrobiła kontrolę na WAT. Szybko okazało się, że z kasy uczelni nielegalnie wyprowadzono, jak ustalili kontrolerzy, dokładnie 381.962.568 zł. W konsekwencji tej kontroli w lipcu 1999 r. Prokuratura Rejonowa w Warszawie wszczęła śledztwo, które jednak toczyło się latami i niewiele z niego wynikło. Głównie dlatego, że WSI same zadbały o to, aby skutecznie utrudnić prokuraturze działania, dezinformując ją i kierując śledczych na ślepe tory. W Oddziale 36 Zarządu III WSI powstał wówczas specjalny zespół operacyjny ds. WAT. Na pewno dzięki Fundacji Pro Civili WSI zgarnęły ogromną kasę, której nawet nie zdołano do tej pory oszacować i ustalić co się z nią rzeczywiście stało.

Tradycyjny biznes

Zyski z handlu bronią zawsze były dla WSI bardzo kuszące. Wolfgang Frenkel, jeden z agentów, którego WSI wykorzystywały do swoich operacji na tym rynku stwierdził z przekąsem, że „emocje rosły dopiero wtedy, gdy transakcje przekraczały milion dolarów”. I rzeczywiście emocje jakie towarzyszyły oficerom WSI działającym na tym polu mogły być spore, skoro przedmiotem transakcji były broń i sprzęt wojskowy warte wiele milionów złotych. Nominalnie WSI miały zajmować się kontrwywiadowczą ochroną produkcji broni i monitorowaniem jej sprzedaży przez polskie firmy, czyli ochroną tzw. obrotu specjalnego. W WSI istniała nawet specjalna komórka, która miała się tym zajmować, czyli Oddział 36 Zarządu III WSI. Jednak zamiast realizować powierzone zadania, WSI same czynnie operowały na tym rynku, czerpiąc z tego bardzo wymierne zyski. Miały one właśnie stanowić owe „pozabudżetowe źródła finansowania działalności wojskowych służb specjalnych”, jak określono to w języku cytowanego przez nas na początku zarządzenia. W praktyce zyski te zapewniały WSI tworzone przez nie firmy, które zazwyczaj były kierowane przez ich oficerów lub agentów. Taki właśnie charakter miały m.in. zajmujące się handlem bronią spółki: Cenrex, którą kierował płk Jerzy Dembowski – oficer Zarządu II WSI, (występował w dokumentach jako oficer pod przykryciem „Wirakocza”), Steo, którą założył Edward Ochnio – współpracownik Zarządu II WSI o pseudonimie „Tytus” i Falcon, którą z kolei kierował wymieniony już przez nas Wolfgang Frenkel czyli dokładnie płk. rez. Witold Wąsikowski. Firmy te, mając za sobą cały potencjał WSI, skutecznie rugowały inne polskie firmy, które operowały na rynku handlu bronią. Tworzone przez wojskowych firmy uczestniczyły w transakcjach, które zagrażały interesom Polski i narażały ją na poważne konsekwencje międzynarodowe. Tak było np. wtedy, gdy dostarczały broń przestępcom, czy wysyłały ją do krajów objętych międzynarodowym embargiem na jej dostawy. Cenrex np. w 1992r sprzedał broń do Chorwacji i Somalii, które wtedy były na liście krajów objętych embargiem ONZ na dostawy broni i sprzętu wojskowego. Spółka ta dostarczała broń także Monzerowi Al –Kassarowi, międzynarodowemu terroryście zamieszanemu w zamach nad Lockerby. Cenrex i Steo blisko współpracowały również z grupami przestępczymi, dostarczając im potrzebną broń. Do historii przeszła ich wpadka w 1996r. kiedy estońscy celnicy ujawnili 1600 pistoletów TT, ukrytych w kontenerach z makaronem firmy „Danuta” z Malborka. Tego typu działania miała również na koncie spółka „Falcon”, która dostarczała broń zarówno Al Kassarowi jak i Adnanowi Kashodiemu i innemu poszukiwanemu międzynarodowemu terroryście. Ale dla WSI wszystkie operacje na rynku broni były jedynie „działaniami specjalnymi”, które były całkowicie zgodne z wymienionym już przez nas zarządzeniem Ministra Janusza Onyszkiewicza. W przypadku branży obrotu specjalnego WSI nie tylko same handlowały bronią za pośrednictwem firm, które same tworzyły, ale także łupiły innych, którzy tym się zajmowali. Zazwyczaj polegało to na tym, że od spółek zajmujących się obrotem specjalnym WSI żądały części ich zysku, przy czym jego wielkość była zmienna. Jeden z szefów WSI powiedział do prezesa jednej z takich firm wprost: „dotychczas było 20 procent, ale teraz będzie 40 procent”. Tak naprawdę łupione przez WSI spółki nie miały wyboru, bo od opinii WSI m.in. zależała ich koncesja na obrót specjalny. Gdy któraś z firm handlujących bronią nie chciała się na to zgodzić, WSI mogły zawsze napisać do innych instytucji opiniujących obrót specjalny (istniał tzw. międzyresortowy system obrotu specjalnego), że „nie daje ona rękojmi wobec interesów politycznych i obronnych państwa” co w praktyce oznaczało cofnięcie koncesji i wszelkich niezbędnych do przeprowadzenia transakcji pozwoleń. W rezultacie był to koniec jej działalności w tej branży. Tak naprawdę WSI były w branży obrotu specjalnego swoistą grupą przestępczą, która okradała polskie firmy i zmuszała je do przestępczych działań. Jak wielkie pieniądze trafiły z tego tytułu w ręce WSI, tego nie zdołała oszacować nawet Komisja Weryfikacyjna ds. WSI, która badała te sprawy. Śmiało jednak można powiedzieć, że były to ogromne pieniądze.

Całość w najnowszym numerze.