Jak mordują służby?

Tajemnice morderczego fachu w służbach specjalnych.

Kilka lat temu Agencja Wywiadu rozpisała przetarg na amunicję .22 Long Rifle. Oficjalnie jest to amunicja sportowa. Nieoficjalnie, jest to ulubiona broń zabójców z izraelskiego Mossadu czy amerykańskich wojsk specjalnych. Dlaczego? Otóż wbrew obiegowym opiniom, strzał w głowę z broni palnej często nie jest śmiertelny. Natomiast strzał z .22LR dokonuje masakry mózgu. Ten kaliber ma bowiem wystarczającą siłę, aby przebić jedną ścianę czaszki, ale nie wyleci, tylko zacznie rykoszetować wewnątrz. Czy to oznacza, że w polskich służbach specjalnych działa „komando śmierci”? Bynajmniej. Nikt na to pytanie nie odpowie. Ale jeżeli by działało, to właśnie używałoby amunicji .22LR.

Czy służby specjalne nawet w „demokratycznych” państwach mordują? Oczywiście! Zniknięcie niewygodnej osoby to najskuteczniejsze narzędzie w tym fachu. Duszą, topią, wieszają, trują i zatłukują na śmierć. To wszystko dzieje się bezkarnie, bowiem w interesie państwa. Szwadrony śmierci znajdują się na utrzymaniu niemal każdego współczesnego państwa. Nie bez powodu nikt nie rozliczył specjalistów od „mokrej roboty” generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka, którzy za ich wiedzą i na ich polecenie mordowali niewygodne osoby. Po prostu byłoby trudniej o znalezienie równie dobrych następców, gdyby w tym fachu groziła odpowiedzialność karna.

Niewygodna prawda

James Bond XXI wieku najpewniej jest Francuzem. Tak przynajmniej wynika z doniesień na temat francuskich służb, których wyroki śmierci ma zatwierdzać Prezydent Republiki. Zachodnie media jeszcze rok temu były zelektryzowane wiadomościami na temat prezydenta Francois Hollanda, który osobiście podejmował decyzję o przeprowadzeniu likwidacji. Prezydent V Republiki ma ściśle tajną listę, na której znajdują się nazwiska podejrzanych o terroryzm, którzy mają „wyparować”. Taka lista to już podobno długa tradycja w Pałacu Elizejskim. Już prezydent Mitterrand miał dawać przyzwolenie na morderstwa przez służby. Jednak nigdy nie brał odpowiedzialności za takie akcje. Podobną politykę miał uprawiać prezydent Chirac. Oporów przed wydawaniem wyroków śmierci miał nie mieć Nicolas Sarkozy. Taki obraz realiów sprawowania władzy we Francji wyłania się z książki Vincenta Nouzille – „Zabójcy w imię republiki”. Pojawiają się zarzuty kierowane pod adresem Francji, że tylko dzięki limitowanemu terrorowi ma status mocarstwa. Prawda jest jednak inna. Mocarstwa nie mogą sobie pozwolić na funkcjonowanie bez licencji na zabijanie. Francuskie służby specjalne i tak mają opinię najbardziej wyrachowanych i bezwzględnych służb. Schwytanym szpiegom podobno dają dwa wyjścia. Pierwsze, to pozostawanie zatwardziałym i powolna śmierć w męczarniach. Drugie polega na nawiązaniu współpracy ze służbami Republiki, co jest wynagradzane szybką śmiercią. Francuski wywiad od dawna jest znany ze swojej brutalności. Dlatego doniesienia prasowe na temat listy śmierci nikogo nie dziwią. Co więcej, rząd francuski nawet specjalnie nie zaprzeczał tym doniesieniom. Francja, choć zapewne by chciała, to nie jest wyjątkiem. Istnieją też inne kraje, których służby posuwają się do tego typu czynów. Chiny, Rosja, USA to tylko początek listy. W zależności od służby i kraju, inny jest sposób wykorzystywania tego instrumentu. Służby Izraela nie likwidują przeciwników politycznych, a jedynie tych, którzy zagrażają bezpieczeństwu tego kraju w nieustającym stanie zagrożenia. USA w zasadzie od 11 września 2001 r. są w stanie wojny, toteż likwidacja terrorystów jest postrzegana jako czyn bohaterski. Francja natomiast likwiduje terrorystów formalnie będąc w stanie pokoju…

Wszystko w tajemnicy

Licencja na zabijanie nie oznacza, że oficer wywiadu w biały dzień może wpaść do biura czy restauracji, wyciągnąć broń i zastrzelić cel wskazany mu przez szefostwo. Tego nie wytrzymałaby najbardziej bezwzględna dyktatura. Grunt w tym fachu, to dyskrecja. Każda sytuacja, w której morderca zostanie nakryty lub zostaną ślady umożliwiające identyfikację jego osoby lub zleceniodawcy, to olbrzymia wpadka. Wyjątkiem jest jedynie sytuacja, w której mamy do czynienia z tzw. morderstwem z podpisem. Przykładów jest wiele. Ostatnim, najgłośniejszym, jest oczywiście morderstwo Aleksandra Litwinienki. Były podpułkownik KGB/FSB zbiegł na Zachód, gdzie głośno występował przeciwko polityce prowadzonej przez prezydenta Federacji Rosyjskiej – Władimira Putina. W jego wypadku chodziło o przestrzeżenie innych, podobnych dysydentów, przed podobną działalnością. Eliminacja byłego podpułkownika FSB była celem równorzędnym z wysłaniem jasnej wiadomości do jemu podobnych. Brzmiała ona: „żarty się skończyły”.

Otrucia

Jedna z najbardziej ulubionych i rozpowszechnionych form morderstw popełnianych przez służby specjalne na przeciwnikach politycznych w Europie. Została spopularyzowana w czasach renesansu. Do polskich służb specjalnych wprowadziła je królowa Bona. Współcześnie trudno o służbę, która nie korzysta z trucizn, neurotoksyn czy zwyczajnie materiałów promieniotwórczych do otrucia figurantów. Dobór trucizny zależy od celu, jaki chcemy osiągnąć. Litwinienko został otruty przy pomocy izotopu Polonu 210. W listopadzie 2006 r. Litwinienko prowadził śledztwo w sprawie śmierci Anny Politkowskiej. Nagle wystąpiły u niego silne objawy zatrucia. Trafił do szpitala, z którego wyszedł po kilku dniach. Wkrótce powrócił do szpitala z podejrzeniami ciężkiego zatrucia nieznaną substancją. Wówczas pojawiły się pierwsze pogłoski o otruciu rosyjskiego dysydenta. W nocy z 23 na 24 listopada 2006 r. Litwinienko zmarł w męczarniach. Lekarze spodziewali się zatrucia związkami talu, który bywa wykorzystywany do trutek na szczury. Badania toksykologiczne nie wykazały obecności talu w organizmie. Znaleziono za to silnie radioaktywny i toksyczny izotop polonu 210. Jak wykazało śledztwo, polon został podany mu w herbacie.

Jeżeli chodzi o trucizny, swoje za uszami mają też amerykańskie służby. To CIA ma być wynalazcą pistoletu na wodę wywołującego zawał serca. W czasach zimnej wojny służby obu supermocarstw szukały sposobów na dyskretne likwidowanie swoich przeciwników. Chodziło nie tylko o zabicie Fidela Castro czy innego watażki. Ważne, aby śmierć wyglądała na zupełnie przypadkową lub naturalną. Specjalny pistolet wypełniony roztworem wody. Wystrzelony strumień wody zawiera kapsułkę z neurotoksyną pozyskiwaną od mięczaków morskich. Kapsułka przenika do ciała ofiary, po czym ulega rozkładowi lub rozerwaniu, uwalniając śmiercionośne substancje. Ofiara do czasu śmierci odczuwa jedynie drobne ukłucie lub w ogóle nic nie czuje. W wyniku zatrucia ofiara dostaje nagłego ataku serca i umiera niemal błyskawicznie. Zanim przeprowadzone zostaną badania toksykologiczne, trucizna ulega rozkładowi i wszystko wygląda na zgon naturalny. Tajemnica pistoletu na wodę, który zabijał, została po raz pierwszy ujawniona w 1975 r. podczas obrad amerykańskiej komisji Franka Church’a – amerykańskiego prawnika i obrońcy praw człowieka. Jak donoszą dysydenci CIA, broń jest używana nawet obecnie. 

Naturalne predyspozycje

Śmierć poprzez nagły atak serca ma jedną wadę. Jeżeli ma zostać nie wykryta lub komentowana szeroko w mediach, nie może nastąpić u zdrowej młodej osoby. To ogranicza pole manewru i środki. Dlatego profesjonalny morderca zanim przystąpi do realizacji zlecenia sprawdzi dokładnie stan zdrowia swojego figuranta. Być może posiada zdiagnozowany tętniak. Wówczas wystarczy jedynie wykorzystać naturalne predyspozycje ofiary. Samo podanie środków powodujących nagły i niekontrolowany wzrost ciśnienia krwi może być wystarczające. Obecnie trwają zaawansowane badania nad kontrolowaniem ciśnienia krwi przy pomocy mikrofal i fal radiowych. Neurologiczne badania przeprowadzone na terenie USA wykazały, że mózg ma określone częstotliwości dla każdego dobrowolnego ruchu o nazwie nastawienie przygotowawcze. Przez strzał w klatkę piersiową wiązki mikrofal zawierających sygnały ELF można wywołać zdalnie atak serca. Serce może zostać wprawione w chaotyczny stan, czyli atak serca, który nadwyręży zaleczonego tętniaka lub inne schorzenie.

Rak na zamówienie

Gdy jednak służby mają do czynienia ze zdrową, silną i młodą osobą, rozwiązaniem może być wywołanie nowotworu. Wówczas powolna i długa śmierć z czasem eliminuje ofiarę, a jej nowe problemy życiowe sprawiają, że nie jest już zagrożeniem. W czasach zimnej wojny z wywoływania nowotworów słynęła Stasi. Najbardziej wytrwałych figurantów zamykano w ołowianych pomieszczeniach i poddawano naświetleniu promieniami rtg – czyli popularnymi promieniami rentgena. Efektem była białaczka lub inne nowotwory. Tuż po upadku muru berlińskiego członkowie komitetów obywatelskich NRD zapełniali więzienia w całych Niemczech Wschodnich. Znaleziono wówczas potężny sprzęt rentgenowski. Urządzenia te nie znajdowały się w centrach medycznych, ale w miejscach, w których fotografowano więźniów. Thomas Auerbach badający działalność Stasi stwierdził, że widział dokumenty, które udowadniają, że przeprowadzano eksperymenty badające potencjalne zastosowanie dla promieniowa rtg jako środka otrucia i sabotażu. Obecnie służby specjalne potrafią wywołać raka w sposób nieświadomy u ofiary. Co więcej przeprowadzono w ten sposób już egzekucje. Już w latach 30-tych ubiegłego wieku prowadzono badania nad „zarażaniem” nowotworami. Obecnie nauka nie ma wątpliwości, że rakiem można się zarazić. Brzmi niewiarygodnie, a jednak. Świat onkologii uznaje, że 18 proc. zachorowań na nowotwory złośliwe to efekt zakażeń rakotwórczymi wirusami, bakteriami i pasożytami. Przykłady takich zarażeń były przywoływane w trakcie obrad komisji Church’a, tej od pistoletu na wodę wywołującego śmierć.

Seryjni samobójcy

Niektórzy „szczęściarze”, których nie można zabić inaczej, kończą z życiem sami. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja. Seryjni samobójcy to termin ukuty w naszej szerokości geograficznej, który odnosi się do wypadków trudno wytłumaczalnych samobójstw. Osoby pozornie bez problemów, które nie miały długów, miały poprawną sytuację w życiu rodzinnym lub są zdrowe – nagle popełniały samobójstwo. Łączą je za to związki z pewnymi sprawami, interesami lub postępowaniami sądowymi. Tu spektrum zabójstw jest równe spektrum śmierci popełnianych przez rzeczywistych samobójców. Powieszenie to najpopularniejsza forma popełnienia samobójstwa. Wymaga jednak aby „wieszający się” dał się powiesić lub był na tyle nieświadomy, aby tego nie odczuwał. Potrzebne są do tego środki farmakologiczne, które mogą zostać wykryte w czasie sekcji zwłok. Powieszenie figuranta ma tę wadę, że wymaga dobrej legendy czyli motywów. Konieczne jest dobranie odpowiedniego miejsca. Samobójcy popełniając ten czyn wybierają znajome miejsca. Wszystko przez poczucie wstydu, które im doskwiera. Bardzo znikomy procent samobójców wybiera nowe miejsca jako miejsca, w których dokończą żywota. Wybierają też miejsca ustronne. Dlatego większość „seryjnych samobójstw” ma miejsce w domach lub firmach. Wówczas nie trudno o dekonspirację mordercy. Wymaga to też poznania zachowań przyszłej ofiary. Miejsc, w które się udaje etc. Gdy ofiara posiada broń, sprawa jest jeszcze prostsza. Wystarczy wejście w jej posiadanie i postrzelenie pod odpowiednim kątem – do czego potrzebne są wysokie kwalifikacje strzeleckie. Ofiarę można też zepchnąć z wysokości. Tu ryzyko jest spore, bowiem wymaga odpowiedniej wysokości no i zawsze można popełnić błąd. Wystarczy, aby mężczyzna wypchnięty z 6. piętra uderzył spadając w dół o antenę satelitarną na trzecim piętrze aby jego ciało wyhamowało. Obrażenia, które ostatecznie by powstały, najpewniej doprowadziłyby do ciężkiego kalectwa lub śmierci. Jest jednak ryzyko, że figurant opowiedziałby co go spotkało zanim spadł, w drodze na tamten świat. Podobnie rzecz się ma gdyby spadając, zaliczył miękkie lądowanie.

------------

Całość w najnowszym numerze.