Jak służby werbują dziennikarzy

Pracujący dla służb dziennikarze to zwykle donosiciele, kreatorzy wydarzeń, dezinformatorzy i dezintegratorzy środowiska.

Na całym świecie służby specjalne wykorzystują w swoich działaniach dziennikarzy. Podobnie jest w Polsce. Chociaż oficjalne zwerbowanie dziennikarza jest bardzo skomplikowane (wymaga zgody samego premiera), to faktyczne nawiązanie współpracy już nie. W efekcie polskie środowisko dziennikarskie jest praktycznie w całości zinfiltrowane przez służby specjalne. Gdy na wiosnę zeszłego roku minister kontrolujący służby specjalne – Mariusz Kamiński – zapowiedział audyt działań służb w środowisku dziennikarskim, przez chwilę zrobiło się gorąco na styku mediów i polityki. Chodziło bowiem nie tylko o inwigilację, ale przede wszystkim o nielegalne wykorzystywanie dziennikarzy w pracy służb. Po kilku dniach emocji i fałszywych komunikatów sprawa ucichła. Wszystko dlatego, że lista czynnych dziennikarzy uwikłanych we współpracę ze służbami specjalnymi III RP jest ogromna i jest to potężne lobby. Także wśród dziennikarzy oficjalnie wspierających rząd PiS.

Problem współpracy dziennikarzy ze służbami III RP bywa często bagatelizowany. Niesłusznie. To narzędzie kontroli mediów, gospodarki i polityków. Obecnie na rynku jest kilkuset dziennikarzy, którzy mają za sobą współpracę ze służbami. Skąd te wyliczenia? W 2007 r. dziennikarze programu „30 minut” podali, że Wojskowe Służby Informacyjne miały 115 agentów wśród dziennikarzy. Dorzućmy do nich drugie tyle pracujących dla cywilnych służb (a co, gorsi są?) i mamy już circa 230 agentów. Jeżeli do tego dorzucimy dziennikarzy-agentów CBŚ i CBA, będzie już ich przynajmniej 300. Ale to nie koniec. Przecież są ludzie współpracujący z bezpieką PRL cywilną i wojskową, którzy do tej pory nie zostali zlustrowani, bo ich teczki zostały zniszczone, albo wyniesione lub schowane w tzw. zbiorze zastrzeżonym Instytutu Pamięci Narodowej. W 1997 r. wybuchła awantura polityczna, po tym jak Zbigniew Siemiątkowski polecił szefowi UOP zrobienie listy współpracujących z tajnymi służbami dziennikarzy i polityków. Pod wpływem szoku zakazano werbunku dziennikarzy, chyba że za zgodą premiera. Na niewiele to się zdało. Służby znalazły sposoby, aby dalej korzystać z dziennikarskiej agentury. Albo nie rejestrują współpracy, albo udają, że nie wiedzą, iż osoba jest dziennikarzem.

Na ochotnika

„Do UOP Redaktor zgłosił się sam. Wyglądał na bystrzaka, mówił jak bystrzak i naprawdę był bystrzakiem – generalnie spodobał się. Sprawę uprościło także i to, że miał tu kolegów. Znał się z zastępcą szefa Lubelskiej Delegatury UOP, Zbigniewem Niezgodą i Erykiem Chojnackim, funkcjonariuszem kontrwywiadu, byłym działaczem NSZ Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W Delegaturze Redaktor funkcjonował jako zabezpieczenie operacyjne i na swoim stanie miał go kapitan Zbigniew Związko, kierownik sekcji do spraw przestępstw gospodarczych, znajdującej się wówczas w strukturach wydziału kontrwywiadu. Pierwszym poważnym zadaniem, jakie Redaktor zrealizował dla UOP, była pomoc przy wyeliminowaniu z rynku bankowego pewnego amerykańskiego Żyda, o którym kontrwywiad lubelski posiadał szeroką wiedzę na podstawie informacji przekazanych przez stronę amerykańską. (…) Redaktor «odkrył» i opisał nieprawidłowości w Banku (…). Ktoś ciekawski mógłby zapytać: po co dziennikarz śledczy wiąże się ze służbami specjalnymi, skoro w ten sposób traci niezależność – czyli tak naprawdę clou tego, co dziennikarza czyni dziennikarzem – i staje się chłopcem na posyłki? Odpowiedź jest prosta: wygrzebywanie informacji spod ziemi, związana z tym strata czasu i cała ta stresująca otoczka w połączeniu z nieustannym narażaniem się ludziom na wysokich stołkach, to nie są i nigdy nie będą rzeczy przyjemne. Po co kopać się z koniem, skoro można dostać gotowca i zyskać splendor bez ryzyka? A że nie ma to nic wspólnego z dziennikarstwem? Trudno. Zresztą, kto by się przejmował takimi drobiazgami, prawda? Przez szereg następnych lat Redaktor oddał nam nieocenione usługi. Jako dziennikarz zrobił oszałamiającą karierę i tylko nieliczni domyślali się, że tak naprawdę nigdy nie był dziennikarzem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Był za to dobrym i sumiennym «współpracownikiem» – jednym z kilku, jakich «Firma» miała wówczas na Lubelszczyźnie; jednym z setki, jakich miała na terenie całego kraju. I współpracował jeszcze długo”. Tak wspominał po latach pracę dziennikarza dla Urzędu Ochrony Państwa (UOP) mjr Tomasz Budzyński, były szef Delegatury Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) w książce „Oficer” autorstwa znanego dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego, która ukazała się w ubiegłym roku na naszym rynku wydawniczym, budząc spore zainteresowanie, zwłaszcza w kręgu ludzi naszych służb specjalnych. Nie trzeba było jednak długo czekać na zdekodowanie tego kim tak naprawdę jest ów dziennikarz, którego wspomina kpt. Budzyński. Robert Zieliński, kolega po fachu wspomnianego dziennikarza obwieścił w jednym z wpisów na Twitterze, że jest nim Jacek Łęski, obecnie dziennikarz TVP współprowadzący program „Studio Polska”, który po wielu perypetiach zawodowych wrócił do dziennikarstwa. O historii Jacka Łęskiego i jego związkach z polskimi służbami obszernie napisała w kwietniu na swoich łamach „Gazeta Finansowa”, w tekście zatytułowanym „Dziennikarz, Pijarowiec, Szpieg” rysując poszczególne rozdziały dotychczasowej kariery dziennikarza. Jednak nie wywołało to publicznej dyskusji o tym, czy dziennikarz mający za sobą epizod tajnej współpracy z polskimi służbami może pracować w telewizji publicznej, uchodząc przy tym za dziennikarski autorytet w oczach milionów Polaków. Nie zabrało głosu w sprawie środowisko dziennikarskie, ani Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP). A szkoda, bo zignorowanie problemu nie oznacza, że przestanie on istnieć.

Dziennikarzy, którzy sami zdecydowali się na tajną współpracę z naszymi służbami, było znacznie więcej. Po roku 1990 takich, którzy zgłaszali się do służb, aby z nimi współpracować, było całkiem sporo. Dotyczyło to zwłaszcza pokolenia młodych dziennikarzy śledczych, którzy zaczynali karierę. Z jednej strony chcieli pomóc młodemu demokratycznemu państwu, które, jak pamiętamy, musiało się borykać z wieloma problemami. Przestępczość kryminalna, gospodarcza, korupcja i oplatające polskie państwo patologiczne układy były najpoważniejszymi z nich. Z drugiej strony wchodził w grę dreszcz emocji przy wykonywaniu tajnych zadań. Wreszcie dostęp do tajnych informacji. W efekcie, UOP po kilku latach swojej działalności miał w swoich operacyjnych aktywach kilkudziesięcioosobową grupę dziennikarzy. Zlecane im zadania dotyczyły wszelkiej maści afer gospodarczych i udziału w nich funkcjonariuszy polskiego państwa. Dziennikarze przynosili nadzorującym ich oficerom UOP informacje pozyskane w czasie swoich dziennikarskich śledztw, które potem były przetwarzane na meldunki i notatki. Często ich praca rzeczywiście przynosiła efekty.

Po wielu latach, większość dziennikarzy – ochotników zaczęła zrywać współpracę z UOP. Okazało się bowiem, że nie wszystkie zlecone prace mają charakter walk z przestępczością, a często wykorzystywano ich do zbierania „haków” (kompromitujących materiałów) lub do dystrybuowania pomówień, czy zmiękczania tych, którzy ze służbami nie chcieli współpracować. Swoje zrobiło dojście do władzy postkomunistów z SLD. Jednak później, gdy coraz głośniej i częściej zaczął pojawiać się temat lustracji w Polsce, wielu dziennikarzy mających za sobą tajną współpracę z UOP zaczęło odczuwać niepokój, obawiając się, że wcześniej czy później może ona wyjść na jaw. Jeden z nich – Wojciech Czuchnowski – dziennikarz „Czasu Krakowskiego”, a od lat pierwsze pióro „Gazety Wyborczej”, nie wytrzymał lustracyjnego klimatu pierwszego rządu PiS i w listopadzie 2006 r. opublikował tekst „Byłem TW Macierewicza”, w którym stwierdził: „14 lat temu w sposób świadomy i tajny współpracowałem z ministrem spraw wewnętrznych Antonim Macierewiczem. Czy trafię teraz na listę dziennikarzy-agentów?”. Było nerwowo, bo jesienią 2006 r. procedowała Komisja Weryfikacyjna ds. Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI), która miała przygotować raport na temat działalności WSI. Komisja dostała wgląd w papiery tak służb wojskowych, jak i cywilnych i dziennikarze mający kontakty ze służbami poczuli się nieswojo. PiS jednak odpalił tylko 9 z ponad setki agentów WSI; plotka zaś o tym, że powstała lista kilkuset agentów w mediach, była po prostu próbą ostrzeżenia wrogich rządowi dziennikarzy. „Nie fikajcie, bo papiery nie płoną” – brzmiał komunikat.

Na przynętę

Służby także same „podchodziły” dziennikarzy, „subtelnie” uruchamiając stopniowy proces ich werbunku. Tak było m.in. wtedy, gdy wytypowani przez służby dziennikarze otrzymywali ciekawe materiały na temat, który był w ich bieżącym zainteresowaniu. Nie było to jednorazowe dzielenie się informacjami z ich strony, ale proces trwający przez wiele miesięcy. W efekcie powstawały kolejne publikacje prasowe. Dziennikarz – autor tych publikacji - był wtedy wdzięczny oficerowi, który podrzucał mu informacje do przygotowania artykułów. Jednak w pewnym momencie kierunek tej współpracy się zmieniał i to służby zaczynały prosić dziennikarza o materiały. W rzeczywistości jednak był to kolejny etap procesu werbunkowego. Gdy po obu stronach był już niekwestionowany dorobek takiej „współpracy”, padała propozycja jej sformalizowania. Dodatkową zachętą zawsze były pieniądze, które służba musi przecież jakoś rozliczać, a odbiór ich trzeba jednak pokwitować. Zazwyczaj proces ten kończył się po myśli służb. Dziennikarz zresztą nie miał już możliwości odmowy, ponieważ z dotychczasowych spotkań obydwu stron powstawały notatki i meldunki oraz rozliczano okolicznościową „konsumpcję”. Zawsze na koszt firmy.

Takie działanie nie zawsze jednak było związane z bezpieczeństwem państwa. Równie często w grę wchodziły żywotne interesy służby, przy zabezpieczaniu których posiadanie w swoich zasobach zwerbowanego dziennikarza było sprawą na wagę złota. Tak było m.in. w wypadku WSI, gdy w 2004 r. wybuchła afera paliwowa, której WSI bardzo poważnie się obawiały. Gdy zostało wszczęte śledztwo w sprawie mafii paliwowej, a prowadzący je krakowski prokurator Marek Wełna zaczął badać jej związki z oficerami WSI, bardzo szybko pojawiły się publikacje prasowe wskazujące na rzekomą korupcję śledczego. Oficerowie WSI zwyczajnie dotarli do dziennikarza „NIE” Andrzeja Rozenka i przekonali go do swojej wersji „prawdy”.

WSI miały na usługach wielu innych dziennikarzy, których wykorzystywały do swoich działań. Były (i są) to głośne w polskich mediach nazwiska.

Na głupotę

Zdarzało się również, że dziennikarze trafiali w ramiona służb nie tyle z własnej woli, co z powodu własnej głupoty lub niefrasobliwości. Tak było w wypadku Jerzego Marka Nowakowskiego, byłego zastępcy reaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, który został wciągnięty do współpracy po tym, jak zlecono mu kilka „ekspertyz” na interesujący WSI temat. „Złowić” dziennikarza bez przynęty było dla służb największym sukcesem na tym polu. Chcąc pozyskać dziennikarza do tajnej współpracy służby miały czasem wyjątkowego farta. Było tak zawsze wtedy, gdy w ich ręce trafiał odpowiedni materiał nacisku na niego. Chodzi o tzw. „komprmateriały”, którego to terminu nie ma nawet w słowniku języka polskiego. Mogły nimi być informacje odnośnie do obyczajowości dziennikarza, a zwłaszcza jego seksualnych ciągot. Np. jeden ze znanych publicystów prawicowych tygodników został przyłapany przez funkcjonariuszy UOP gdy na imprezie zaspokajał go współbiesiadnik. Fakt ten został uwieczniony na fotografiach. W takiej sytuacji nie pozostawało już nic innego, jak sformalizować więzy dziennikarza ze służbą i nadać mu odpowiedni kryptonim.

Równie częstym przypadkiem była sytuacja, w której w ręce służb wpadały informacje odnośnie do uwikłania biznesowego dziennikarza. Zazwyczaj było to wtedy, gdy okazywało się, że publikuje on teksty dla rekinów naszego biznesu, za które bierze ciężką kasę, znacznie przekraczającą jego stawki w redakcji, dla której aktualnie pracuje. Tak było m.in. w przypadku jednego z dziennikarzy naszego opiniotwórczego dziennika, który w pewnym momencie zaczął brać kasę od wszystkich, którzy mogli i chcieli mu ją dać. Traf chciał, że wyzuty z jakichkolwiek skrupułów dziennikarz wziął kasę za swoją publikacje od pewnego biznesmena, który już od miesięcy był pod lupą służb. Dodatkowo zrobił to w miejscu, które nie za bardzo się do tego nadawało i, jak można było się spodziewać, został uwieczniony jak bierze pieniądze. W tym wypadku również nie trzeba było zbyt wielu zabiegów, aby sformalizować werbunek.

Takich okazji służby, gdyby się dobrze postarały, mogłyby mieć dziesiątki, bo dziennikarzy biorących pieniądze za teksty od bohaterów publikacji jest dużo. Dlatego wielu z dziennikarzy nie byłoby w stanie wytłumaczyć się z posiadanego majątku, który w lwiej części pochodzi z takich właśnie źródeł. Na „komprmateriałach” w postaci wiedzy o uwikłaniu werbowały dziennikarzy zarówno nasze służby cywilne jak i wojskowe. Zabawną historią była sprawa znanego prawicowego publicysty, który pisywał kiedyś w regionalnych gazetach. Otóż ów dziennikarz zaczął w pewnym momencie pracować nieformalnie dla jednego z najbogatszych Polaków, który na początku lat 90. został zwerbowany przez WSI. Te nadały mu pseudonim „Babinicz”. Dziennikarz zaczął pisywać artykuły promujące firmę biznesmena i jego osobę, za co brał kasę i to całkiem sporą. Trudno zrozumieć, dlaczego WSI nie dokonały ostatecznego werbunku dziennikarza, chociaż prowadzący Babinicza oficer wyraźnie postulował, aby taką operację w końcu sfinalizować. Krótko mówiąc, w tym wypadku WSI zaprzepaściły szansę werbunku.

-------------------

Całość w najnowszym numerze "Służb Specjalnych"