Jak uwodzą służby

Podrywania i seksu można nauczyć się tak samo, jak języków obcych.

– Używanie seksu jest powszechną praktyką wśród służb wywiadowczych na całym świecie. To jest twardy, brudny biznes. Wykorzystujemy tę technikę przeciwko Sowietom. Oni używają jej przeciwko nam – mówił w 1975 r. przed senacką komisją badającą nieprawidłowości w amerykańskich służbach specjalnych, były doradca szefa FBI dyrektor William C. Sullivan. Generał KGB Oleg Kaługin powiedział to bardziej otwarcie: – Jest wielu odważnym mężczyzn, których prosiliśmy, aby oddali swoje życie za ojczyznę. Jednak odważne kobiety zwyczajnie prosimy, aby się tylko oddały.

Chyba jednak najlepiej opisał sprawę generał major Meira Amit, szef izraelskich służb: Amanu (wywiadu wojskowego) w latach 1962–1963 oraz Mosadu (1963–1968): „Kobieta jest bronią specjalną, ponieważ ma talenty, których mężczyzna nie ma. Umie słuchać. Prowadzenie rozmowy w łóżku nie stanowi dla niej problemu. Historia współczesnego wywiadu zna wiele kobiet, używających seksu z korzyścią dla swojego kraju. Nie przyznawać się do tego, że Izrael też tak postępuje, byłoby głupotą. Nasze kobiety są ochotniczkami o wysokich zasadach moralnych, które wiedzą, jakie ponoszą ryzyko. Wymaga to specjalnej odwagi. Nie chodzi po prostu o uprawienie z kimś seksu. Chodzi o przekonanie mężczyzny, że kobieta pójdzie z nim do łóżka, jeśli on powie jej coś istotnego. Trudno opisać umiejętności, jakie trzeba mieć, by to osiągnąć”. Aby już wszystko było jasne, rabin Ari Szwat dał specjalne błogosławieństwo szpiegom, którzy dla dobra ojczyzny muszą cudzołożyć. Opisał je w książce pod znaczącym tytułem „Nielegalny seks dla dobra bezpieczeństwa narodowego”. „Agentka, uprawiająca seks z inwigilowaną osobą, służy wyższemu dobru, w związku z czym może być rozgrzeszona” – głosi rabin. Co ciekawe, rabin pisał i mówił tylko o kobietach. O cudzołożących w ramach obowiązków służbowych mężczyznach już nic nie napisał, wychodząc chyba z założenia, że nie jest to kontrowersyjnym tematem. Zresztą była to znaczna zmiana polityki, bo założyciel Mossadu Isser Harel (szef tej służby w latach 1953–63) oficjalnie zakazywał agentkom (znowu, tylko im!) używania seksu do zbierania informacji.

Szpiegostwo jest tak stare, jak konflikty między ludźmi. A jak tylko stało się osobnym zawodem, jak kucharz czy żołnierz, zaczęto doskonalić techniki skutecznego zdobywania sojuszników i informacji. Technika jest stała od kilku tysięcy lat i streszcza się w trzech słowach „korek, worek i rozporek”, czyli inaczej mówią, alkohol, pieniądze i seks. Najważniejszy jest właśnie ostatni element i on jest najczęściej motywacją do zdrady. W XX wieku kuszenie seksem doprowadzono do perfekcji, przede wszystkim w krajach totalitarnych, jak Związek Sowiecki czy Niemiecka Republika Demokratyczna, gdzie specjalnie wytypowani kandydaci na przyszłych szpiegów – amantów (lub uwodzicielek)- uczyli się sztuki tak uwodzenia, jak i zadowalania partnera. Demokracje również korzystały ze „słodkich pułapek”, ale była to oferta bardziej spontaniczna i bazująca na osobistym doświadczeniu niż przedmiot dogłębnych analiz.

Kruki, jaskółki i “Romeo” wszech czasów

Nigel West, historyk i autor książek o tematyce służb specjalnych w książce „The A to Z of Sexspionage” (Sekszpiegostwo od A do Z) najwybitniejszym przedstawicielem nurtu erotycznego w szpiegostwie nazywa Brytyjczyka Johna Alexandra Symondsa (rocznik 1935, wciąż żywego i na wolności). Został zwerbowany i przeszkolony przez KGB do wykradania, dzięki umiejętnościom łóżkowym i interpersonalnym, sekretów zachodniego świata. Zaczynał skromnie jako policjant w 1956 r. Po kilkunastu latach został detektywem. W 1969 r. został oskarżony o korupcję, a trzy lata później uciekł z kraju przed odpowiedzialnością do Maroka. Tam zaczął pracować jako najemnik i szybko wpadł w oko specom KGB. Poddany królowej brytyjskiej od urodzenia miał nie do podważenia akcent, a w połączeniu z manierami i dobrym wyglądem miał ogromne powodzenie u kobiet. Naturalne predyspozycje zostały rozwinięte dzięki wielomiesięcznym zajęciom Symondsa z prostytutkami. Uczyły go, jak ma sprawiać swoim kochankom przyjemność, która je od niego uzależni. Jego oficerowie prowadzący założyli bowiem, że Symonds będzie uwodził żony i córki oficerów CIA, na placówkach w różnych częściach świata.

Symonds uwiódł i wykorzystał blisko setkę kobiet. Po latach żartował, że jest żywą reklamą KGB, pod którą mógłby widnieć podpis „przyłącz się do nich i zwiedzaj świat, żyjąc w pierwszej klasie”. Jak twierdził, dzięki KGB przez lata mieszkał w najlepszych hotelach w najbardziej luksusowych kurortach, a wszystko w towarzystwie pięknych kobiet. Jego działalność nigdy nie została ukarana. W latach 80. zawarł z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości ugodę o zeznaniach w zamian za względną bezkarność (odsiedział 2 lata) w sprawach kryminalnych. Jego opowieści o pracy na rzecz KGB zlekceważono. Dopiero w latach 90. gdy światło dzienne ujrzały zapiski byłego archiwisty KGB Wasylija Mitrochina, to okazało się, że Symonds nie fantazjował. Do 1980 r. był uważany z jedno z najważniejszych aktywów sowieckich służb.

Kariera Symondsa jako erotycznego uwodziciela nie była przypadkowym odkryciem talentu przez afrykańskich rezydentów KGB. Takich „talentów” sowieckie służby poszukiwały non stop. Kształcono ich w specjalnym seks-ośrodku w Wierchnoje ok. 200 km na Wschód od Kazania. Położony, jak większość podobnych ośrodków treningu dla ludzi służb, na względnym odludziu. Kandydaci do szkoły najczęściej mieli między 18 a 20 lat. Nie musieli być bardzo urodziwi, aczkolwiek było to mile widziane. Szkolono nie tylko zawodowych oficerów, ale także współpracowników służb, którzy z racji zawodu mieli łatwość usprawiedliwionych podróży, czyli m.in. wszelkiej maści sportowców, studentów mających zdobywać wiedzę za granicą, dziennikarzy, naukowców. W tej szkole swoje kadry szkoliły służby z satelickich krajów ZSRS, przede wszystkim Czechosłowacji, NRD i Bułgarii.

Jedną z „absolwentek” tej szkoły miała być czechosłowacka mistrzyni olimpijska i świata w gimnastyce artystycznej Eva Bosákova-Hlaváčkova, która taśmowo szła do łóżka z wpływowymi cudzoziemcami, a całość tych zabaw oczywiście filmowano. W latach 60. dostała zadanie uwiedzenia słynnego niemieckiego naukowca Wernhera von Brauna, który w USA swoją pracą spłacał dług za wcześniejszą wiarę w Adolfa Hitlera. Stary nazista nie dał się omamić i mając świadomość powodów zainteresowania swoją osobą, doniósł o całej sprawie kontrwywiadowi – FBI.

Jednym z podstawowych celów szkolenia było pozbawienie agentów wszelkich zahamowań w sprawach seksu. Ośrodek był (jest?) jednym ogromnym „Domem Wielkiego Brata”, w którym wszędzie były kamery, a prywatność praktycznie nie istniała. Wykształconym mężczyznom przywożono stare, brzydkie, niezadbane, a nawet brudne kobiety, aby wyrobili sobie nawyk, że zawsze mogą uprawiać seks. Część mężczyzn ćwiczono także w stosunkach homoseksualnych, chociaż nie mieli w tym kierunku żadnych inklinacji. W szkole była też duża liczba zdeklarowanych gejów. W Związku Sowieckim homoseksualizm był karany więzieniem, więc nie było specjalnie kłopotu ze znalezieniem odpowiednich chętnych, którzy mieli wybór między pracą dla służb a łagrem.

Nie są znane statystyki, ilu kursantów uznawano za przeszkolonych uwodzicieli, ale wiadomo, że sito było gęste. Absolwenci tej uczelni nazywani byli „krukami”, kobiety „jaskółkami”, a spotkania, które inicjowali słodkimi lub miodowymi pułapkami (to ostatnie było kalką językową z angielskiego). Na taki słodki lep złapano niejedną wartościową ofiarę. Absolwentkom tej szkoły przypisuje się uwiedzenie w latach 60. m.in. sir Goeffreya Harrisona ambasadora Wielkiej Brytanii w Moskwie oraz ambasadora Francji Maurice'a Dejeana.

Sowieckie know-how twórczo rozwinięto w Niemieckiej Republice Demokratycznej. Skuteczna, nomen omen, penetracja elit politycznych Zachodnich Niemiec była możliwa właśnie dzięki tabunom seksownych agentów komunistycznej bezpieki – STASI. Markus Wolf, założyciel Głównego Zarządu Wywiadu (HVA) w tej służbie postawił na mężczyzn uwodzących sekretarki. Oczywiście kobiety w miarę możliwości też podstawiano politykom, czy urzędnikom. Nowością było jednak masowe polowanie na starzejące się urzędniczki, często mające niespecjalnie wysokie pensje i przez kilkadziesiąt lat pracujące jako sekretarki. Były one bardzo podatne na przystojnych, czarujących i wiecznie spragnionych cielesnych uciech mężczyzn. Za rekordzistę uważany jest Karl Halfman, który zyskał sobie miano „Czerwonego Casanowy”, przypisuje mu się tekst, iż „w tej pracy nie ma brzydkich kobiet”.

----------------

Całość w najnowszym numerze.