Kadry są najważniejsze

Przeciętność rodzi przeciętność, tak jak tchórz płodzi tchórza.

„Ty sobie szykuj kandydata na wicedyrektora” – przekonywał 4 lata temu szef Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski ówczesnego wpływowego posła PSL Jana Burego. Jak zapowiedział, tak się stało. „Konkurs” na stanowisko wiceszefa delegatury NIK wygrał były asystent Burego, za co ten dziękował za pomocą SMS-ów. Dzięki temu, że telefon Burego był na podsłuchu, sprawa skończyła się w prokuraturze. Wpływowy poseł PSL nie ukrywał swojego zdziwienia, bo zapewne miał świadomość, że tak się obsadza zdecydowaną większość stanowisk w Polsce.

Podobnie jest, niestety, z kadrami w naszych służbach specjalnych. O przyjęciu do służby nie decydują bowiem kwalifikacje, ale rekomendacje: wpływowych polityków lub byłych czy aktualnych funkcjonariuszy. Bardzo często okazuje się, że kandydaci przyjmowani są do służby, mimo że mają tzw. „brudne papiery”, czyli kompromitujące epizody w życiorysie. Mimo tego mogą robić kariery w służbach. Nawet tak błyskotliwe, jak to miało miejsce w wypadku byłego szefa Biura Ochrony Rządu gen. Mariana Janickiego, który zaczynał w nim służbę od posady kierowcy. Dlatego kadry polskich służb są dzisiaj marnej jakości. Wszyscy o tym wiedzą. Mało tego, godzą się nawet, aby tak dalej było. Wmawia się nam, że nie stać nas na lepszych, bo musielibyśmy im znacznie lepiej płacić. Dlatego musimy rzekomo wybierać przeciętnych. A przeciętność rodzi przeciętność, tak jak tchórz płodzi tchórza. Przeciętni oficerowie tworzą bardzo przeciętne służby.

W wieku zaawansowanych technologii, nieograniczonych możliwości szpiegowania ludzi, skomplikowanych mechanizmów, jakie istnieją w gospodarce, przeciętne służby są po prostu nieskuteczne. Zmienić to tylko mogą lepsze kadry, bo jak mawiał kiedyś Józef Stalin (powtarzając za Leninem), to kadry decydują o wszystkim. Sposób naboru do służb specjalnych czeka na swoją dobrą zmianę. Do służb muszą trafiać najlepsi, a nie ludzie z przypadku, tępi karierowicze, których jedyną zaletą są koligacje, czy koneksje w tym środowisku. Dlaczego trzeba to zrobić – o tym napisałem w temacie okładkowym. Barwniej oddaje to anegdota, niestety prawdziwa, z początku naszego wieku, gdy dwóch zacnych szpiegów zatrudnionych przy ul. Rakowieckiej, naradzało się, jak poradzić sobie z faktem, iż mają telefony na podsłuchu z racji nie do końca legalnej działalności, jaką równolegle ze służbą prowadzili. W końcu jeden z nich zaproponował, aby używali wiadomości SMS. I niestety, nie był to żart.