Nasza Cosa Nostra

Jednym z ostatnich spraw peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa było rozpracowanie rodzącej się mafii.

Jedną z ostatnich spraw Służby Bezpieczeństwa było śledztwo prowadzone przeciw dwóm ludziom, którzy wkrótce mieli się okazać jednymi z największych aferzystów finansowych III RP. Koniec PRL to czas wielkich przemian gospodarczych. Z dnia na dzień powstawały fortuny. Zwykle w tajemniczych okolicznościach i zawsze przy współpracy z ludźmi służb i komunistycznej nomenklatury. Dawni koledzy – którzy jeszcze do niedawna ramię w ramię bronili upadającego ustroju – teraz stawali przeciwko sobie.

Odwrót od całkowicie niewydolnej gospodarki centralnie planowanej rozpoczął się jeszcze przed formalnym upadkiem komunizmu. Niektóre branże poddawano deregulacji i dopuszczano do działania jeszcze niedawno pacyfikowanych prywaciarzy. Jednym z takich obszarów była wymiana walut. Do niedawna legalna tylko w państwowych bankach i w ograniczonym zakresie. Jednak na początku 1989 r. dopuszczono istnienie prywatnych kantorów. To była okazja dla zalegalizowania biznesu przez „cinkciarzy” – prawdziwą arystokrację PRL-owskiego półświatka. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dochodziło do nagłych, niespodziewanych zmian kursu walut, których nie można było wytłumaczyć ani działaniem rynku, ani decyzjami władz politycznych. Urzędnicy ministerstw odpowiedzialnych za gospodarkę i pracownicy państwowych banków coraz częściej mówili o istnieniu mafii kantorowej. Mała, pięcio – sześcioosobowa grupa miała sama ustalać kursy wedle własnego widzimisię. Miejscem tajnych narad był niewielki warszawski kantor położony przy alejach Jerozolimskich. Ustalone przez grupę stawki były obowiązujące dla wszystkich waluciarzy w mieście. Kto nie chciał się podporządkować, był do tego zmuszany biciem i szantażem.

Nasza Cosa Nostra

Słowo „mafia” po raz pierwszy pojawia się w odniesieniu do rodzimych grup przestępczych właśnie w odniesieniu do kantorowców. I – jak się miało okazać - nie było ono użyte na wyrost. Jako „cappo” mafii wytypowano dwie osoby, które wkrótce miały stać się jednymi z najsłynniejszych polskich finansistów początku lat 90-tych. Byli to Aleksander Gawronik i Lech Grobelny. Ich zarobki były – jak na tamte czasy – wręcz niewyobrażalne. Jak pisał rozpracowujący grupę kapitan Drewnowski w planie operacji „Mafia”: „Przykładowo ocenia się, że L. Grobelny i jego wspólnicy realizując umiejętnie transakcje PKO b.p. (sprzedając w momencie zwyżki, a kupując w momencie zniżki kursu) zarobili kilka milionów USD”. To było w czasach, gdy przeciętna pensja wynosiła w przeliczeniu ok. 20 dolarów. Jeszcze większym majątkiem dysponował drugi z bossów. Gawronik już wcześniej był zresztą na celowniku organów ścigania. Poznańscy milicjanci z wydziału do spraw przestępczości gospodarczej podejrzewali go o oszustwa podatkowe idące w dziesiątki milionów złotych. Niczego jednak nie udało się mu udowodnić.

W załączonej do akt SOR „Mafia” notatce służbowej znajdujemy życiorys i charakterystykę Gawronika. Na samym początku swojej kariery pracował dla MSW. Najpierw przez rok jako wychowawca w poznańskim więzieniu, a następnie w wydziale śledczym Komendy Wojewódzkiej MO w Poznaniu. Tam jednak długo nie zagrzał miejsca. Po niecałych trzech miesiącach został wydalony ze służby „na wniosek przełożonych, w związku z nadużywaniem przez niego kompetencji służbowych”. Skoro nie wyszło mu na państwowym wikcie, spróbował sił jako prywaciarz. I tam radził sobie świetnie. Szybko zgromadził poważny (jak na PRL) majątek i nawiązał odpowiednie znajomości z wpływowymi ludźmi. „A. Gawronik posiada szerokie kontakty w wielu polskich środowiskach zawłaszcza w kręgach osób posiadających najwyższe kompetencje w zakresie obejmującym prowadzenie przez niego działalności (resorty: Współpracy Gospodarczej z Zagranicą, finansów, NBP). Kontakty te pozwoliły mu tylko w 1982 r. (w okresie stanu wojennego) odbyć 30 podróży handlowych do krajów kapitalistycznych” – czytamy w raporcie SB. Uplasowani wokół przedsiębiorcy informatorzy opisywali go jako niezwykle kontrowersyjną postać. Z jednej strony powszechnie podziwianą za swoją wiedzę i instynkt w robieniu interesów, z drugiej zaś, równie powszechnie oceniano go jako osobę bezwzględną i nie mającą żadnych oporów przed stosowaniem wszelkich możliwych metod przy realizacji swoich celów.

Gawronik był pierwszą osobą w Polsce, która otrzymała zezwolenie na prowadzenie kantoru. Odpowiedni wniosek złożył jeszcze w lutym 1989 r. Chciał od razu otworzyć siedem, wszystkie w strategicznych miejscach na przejściach granicznych z Niemcami, ale pierwsze pozwolenie dawało mu możliwość na prowadzenie zaledwie jednego punktu. Tyle, że w świetnej lokalizacji – w Świecku nad Odrą. Szybką decyzję pozytywną dostał dzięki naciskom komunistycznego prominenta, wicepremiera Ireneusza Sekuły, który wielokrotnie interweniował u prezesa NBP. To zresztą nie był jedyny protektor szefa mafii kantorowej. Gawronik chętnie zatrudniał ludzi z resortów siłowych i ich rodzin. „Bliskie, również towarzyskie stosunki posiada Gawronik z kierownictwem kadry Wojsk Ochrony Pogranicza. Żony dowódców Pomorskiej i Lubuskiej Brygady WOP – płk. Grzybowskiego i płk. Żurka – pełnią funkcje pełnomocników Gawronika w kantorach wymiany walut uplasowanych na granicy”. To dało świetny efekt. Kantory na przejściach granicznych były lokalizowane na terenie podległym WOP i chronione bezpośrednio przez uzbrojonych żołnierzy. Dyrektorem zespołu kantorów Gawronik zrobił zaś Leszka Krause, który przeszedł do pracy bezpośrednio ze stanowiska starszego inspektora w Poznańskim SB. Takie zarządzanie kadrami zapewniało biznesmenowi potężny parasol ochronny.

Macki zza Odry

Przy takiej protekcji Gawronik nie miał problemu z uzyskiwaniem kolejnych pozwoleń. Wkrótce zrealizował swój plan i z ponad setką punktów właściwie zmonopolizował handel walutami na naszej zachodniej granicy. Czuł się na tyle pewnie, że nie wpuścił do siedziby państwowych kontrolerów, którzy chcieli sprawdzić prawdziwość pogłosek, że kantory jedynie skupują dolary i marki ale ich nie sprzedają. Biznesmen miał rację co do swojej siły. Inspektorzy wycofali się jak niepyszni i na tym sprawa się skończyła. Choć prawo zezwalało na odebranie Gawronikowi koncesji, to żaden z urzędników nie chciał się na to decydować. O powodach takiego zaniechania kapitan SB wprost pisze w notatce z lipca 1989 r.: „Przed radykalnymi i pochopnymi interwencjami centralę NBP powstrzymuje dodatkowo okoliczność, iż inicjatywę otworzenia kantorów przez A. Gawronika popierał wicepremier I. Sekuła, który dzwonił w tej sprawie do prezesa Z. Pakuły. W dniu 17 bm. A. Gawronik przybył do NBP w celu uzyskania informacji o procedurze otwarcia banku. Nie złożył na razie żadnych formalnych wniosków ani dokumentów w sprawie; wspomniał natomiast, że byłby to bank z udziałem kapitału zachodnioniemieckiego (Deutche Bank).”

Informacje o niemieckim kapitale pokazały oficerom SB, że mogą mieć do czynienia ze znacznie większą sprawą, niż początkowo im się wydawało. Wkrótce zaczęły spływać potwierdzenia, że chodzi o operację rządu RFN, a Gawronik jest tylko słupem. „Kapitał niemiecki chce przez A. Gawronika rozpocząć legalne i oficjalne zasilanie i wspieranie finansowe mniejszości niemieckiej w Polsce. Najprawdopodobniej całym przedsięwzięciem mogą być również zainteresowane koła rządowe Republiki Federalnej Niemiec. Poprzez bank A. Gawronika rząd boński mógłby bowiem realizować własną politykę gospodarczą na terenach Pomorza i Śląska”. – czytamy w kolejnej notatce kpt. Drewnowskiego z sierpnia 1989 r.

Szybko też okazało się, że wicepremier Sekuła nie jest jedynym oficjelem wspierającym Gawronika w jego niemieckiej intrydze. Pod koniec sierpnia Drewnowski otrzymuje kolejne niepokojące informacje od swojego agenta używającego pseudonimu „SEM”. „Na początku sierpnia br. do dyrektora – Członka Zarządu Banku Rozwoju Eksportu – A. Olszewskiego, zadzwonił Minister Ministerstwa Edukacji Narodowej – ob. Fisiak – z prośbą o przyjęcie i pozytywne potraktowanie sprawy ob. A. Gawronika”. Sprawa, którą szef BRE Banku miał „pozytywnie potraktować”, to udzielenie zezwolenia maklerskiego, czyli zgody na dokonywanie w tym banku transakcji walutowych na sumę 10 tys. dolarów dziennie. To pozwoliłoby na wręcz nieograniczone mnożenie kapitału Gawronika, gdyż ceny w BRE były średnio o 30–40 proc. niższe niż w kantorach prywatnych. Prezes banku nie chciał sam podejmować ewidentnie niekorzystnej dla państwa i firmy decyzji. Ale nie miał też najmniejszej ochoty odrzucać „prośby” ministra i ważnego działacza PZPR. Postanowił więc umyć ręce od całej sprawy. Przekazał Gawronikowi, że udzielanie takich zezwoleń to sprawa jednego z wiceprezesów i to do niego trzeba się udać. Gdy więc ostatecznie decyzję wydano, mógł później twierdzić, że nie miał z tym nic wspólnego.

Sprawa bez końca

Gdy Gawronik rozszerzał swoje oficjalne wpływy, drugi z domniemanych szefów „mafii kantorowej” również zaczął wychodzić z cienia. SB obserwowało go od kilku miesięcy. Uważali, że to on ustala kursy obowiązujące wszystkie warszawskie kantory. Niepokornych miał szantażować i zastraszać aż w końcu miał pełen posłuch w stolicy. Jego największą akcją była sprzedaż 2 mln dolarów państwowemu PKO BP po cenie 12 tys. zł za dolara, a następnie sztuczne chwilowe obniżenie kursu do 5 tyś zł i natychmiastowy wykup dewiz. Zyskał na tym kolejne miliony USD. Od razu zresztą po tej operacji Grobelny ustabilizował kurs na rynkowym poziomie 9 tys. zł za dolara. Gdy Grobelnemu było to na rękę, to zdarzało się nawet, że kurs dolara zmieniał się od 5 do 15 tys. zł w ciągu jednego dnia. Urzędnicy niewiele mogli zrobić. Owszem, kantory prowadzone przez należącą do Grobelnego spółkę „Dorchem” poddano kontroli i nawet wykryto sporo nieprawidłowości, ale inspektorzy bali się wnioskować o odebranie koncesji. Po dłuższych naradach postanowiono przekazać sprawę do zbadania prokuraturze. Dopiero jeżeli ta uznałaby, że Dorchem działa nielegalnie, miano odebrać koncesję.

Jednak działania śledczych były powolne, a przepisy walutowe wciąż niejasne. Grobelny korzystał, ile się dało. Założył Bezpieczną Kasę Oszczędnościową – pierwszy w Polsce parabank. Bezpieczna Kasa Oszczędnościowa oferowała klientom roczny zysk na lokacie nawet 300 proc. Na kuszącą ofertę nabrało się wówczas ponad 7,5 tys. ludzi. Większość z nich miała nigdy nie zobaczyć już swoich pieniędzy.

Na to jednak ekipa kapitana Drewnowskiego nie mogła już nic poradzić. Służbę Bezpieczeństwa rozwiązano w maju 1990 r. Jej następca – Urząd Ochrony Państwa nie został zaś jeszcze powołany. Formalnie wszczętą dopiero w listopadzie 1989 r. sprawę kantorowej mafii zamknięto więc i złożono w archiwum. Do dziś pozostaje tajemnicą czy Grobelny i Gawronik działali wspólnie, czy też były dwie – niezależne od siebie grupy. Co pewnie ważniejsze, nie zdążono dokładnie rozpracować ofensywnych działań niemieckich służb. To ostatnie miało mieć bardzo poważne skutki dla naszej gospodarki.