Nielegalne dzieci szpiegów

Jak to w życiu bywa, nawet szpiegowskim małżeństwom rodzą się dzieci. Sęk w tym, na ile są świadome prawdziwych biografii, a zatem działalności rodziców?

Zapewne pamiętają Państwo, że na początku obecnej dekady ogromny szum medialny spowodowała wpadka rosyjskich agentów w USA. W 2010 r. FBI przeprowadziła obławę na terenie całych Stanów Zjednoczonych, aresztując równo dziesiątkę szpiegów Kremla. Operacja nosiła kryptonim Ghost Stories i zakończyła się powodzeniem, m.in. z powodu kreta, którego CIA umieściła w rosyjskiej Służbie Wywiadu Zagranicznego (SWZ). Traf lub raczej dobrze opłacona akcja sprawiła, że pułkownik Aleksander Potiejew służył akurat w zarządzie „S” – wywiadu nielegalnego. Cóż to za tajemniczy pion?

Rosyjski wywiad cywilny SWZ jest spadkobiercą I Głównego Zarządu Wywiadowczego KGB oraz identycznych struktur działających wcześniej w NKWD i OGPU. Po rozpadzie ZSRR, praktycznie jako jedyny pion operacyjny nie przeszedł nawet kosmetycznych zmian, tylko po rozwiązaniu KGB zmienił po prostu nazwę. Jako SWZ nabył status autonomicznej służby podlegającej bezpośrednio rosyjskim prezydentom. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ już od lat 30. XX w. radziecki wywiad aktywnie stosował i doskonalił metodę plasowania nielegalnych agentów. Inaczej mówiąc, byli to kadrowi oficerowie, którym wywiadowcza centrala preparowała dokumenty, biografię i resztę niezbędnej legendy. Po to aby podszyli się pod faktycznych obywateli dowolnego państwa świata. Oczywiście, najczęściej chodziło o potencjalne ofiary agresywnej polityki Moskwy, dlatego nielegalni agenci udawali zazwyczaj obywateli państw Zachodniej Europy i USA.

Suspens polegał na naturalnym, wieloletnim wrastaniu w społeczeństwo, tak aby na podstawie biografii zwykłego Francuza, Brytyjczyka czy Amerykanina, agent piął się po szczeblach kariery. Rzecz jasna jej kierunek był szczegółowo zaplanowany w Moskwie, na podstawie potrzeb wywiadu, ale także osobistych predyspozycji, wykształcenia i możliwości jakie dawało środowisko, w które wchodził. Z radzieckiego punktu widzenia największym popytem cieszył się świat mediów, polityki i nauki, bowiem informacje o takim spektrum były dla Kremla najbardziej przydatne. Nie gardzono także legendami najzwyklejszych obywateli, żyjących spokojnie i niezauważalnie, z dala od wielkich spraw. Tacy nielegałowie też byli potrzebni, a wręcz niezbędni, na przykład w systemie łączności czy legalizacji. Jeśli uważniej prześledzić szpiegowskie macki radzieckiej ośmiornicy, bez trudu uda się stwierdzić, że agenci pionu „N” byli rozsiani dosłownie na wszystkich kontynentach. Bo też w latach 30., a potem podczas zimnej wojny konspiracyjne wprowadzenie oficera nie było sprawą prostą i szybką. Każdy musiał kilkakrotnie zmienić biografię i komplety dokumentów, kolejno podając się za osobę kilku narodowości i przynależności państwowych. Wszystko dlatego aby zatrzeć początkowy trop wychodzący z ZSRR, a w ten sposób uśpić czujność służb kontrwywiadowczych.

Ponadto w czasie globalnej konfrontacji na pograniczu gorącego konfliktu jądrowego, nielegalnym szpiegom przybyła jeszcze jedna rola. Mowa o tzw. śpiących lub uśpionych agentach, których jedynym zadaniem była pomyślna naturalizacja w konkretnym państwie. Oczywiście do czasu wybuchu spodziewanej III wojny światowej, która miała ich uruchomić. Zadaniem uśpionych agentów było wydobycie broni ze skrytek przygotowanych wcześniej przez kogoś innego. Wojenne cele można porównać nieco z japońskimi kamikadze, bo rozbudzeni agenci na przykład za pomocą min jądrowych zamierzali sparaliżować centra władzy lub infrastrukturę przeciwnika, albo dokonać zamachów na kluczowych polityków. Nie była to tania zabawa, bo jak w 2010 r. ujawnił jeden z byłych oficerów KGB, operacja szkolenia, przerzutu i naturalizacji, kosztowała od pięciu milionów dolarów wzwyż, zależnie od zakładanej pozycji oficera. A przecież wielu było szpiegami jednorazowego użytku wojennego.

Afera 2010 r. wybuchła zatem z podwójną siłą. Po pierwsze, zakończenie zimnej wojny uśpiło czujność zachodnich służb specjalnych. Mało kto wierzył, że w latach 90. XX w. Rosję chylącą się ku upadkowi stać po prostu na tak drogą i co tu dużo mówić, dość nieefektywną zabawę. Zatem ujawnienie całej grupy agentów zarządu „S” SWZ, uplasowanych jeszcze przez KGB w latach 80. XX w. wywołało na Zachodzie małe trzęsienie ziemi. Niestety tylko chwilowe i głównie medialne, bo amerykański system bezpieczeństwa nie wyciągnął należytych, a więc strategicznych wniosków. Ale o tym za chwilę. Po drugie, wstrząsu doznał również rosyjski wywiad gdy wewnętrzne śledztwo ujawniło zdradę Potiejewa, który był wiceszefem pionu nielegalnego. To on przygotowywał, a więc znał prawdziwe dane kolegów, których następnie zdekonspirował przed służbami amerykańskimi.

Ponieważ Biały Dom Baracka Obamy wierzył jeszcze w reset z Rosją, Amerykanie w białych rękawiczkach starali się wyciszyć aferę. Aresztowana dziesiątka, via Wiedeń, została wymieniona na czterech Rosjan, odbywających kary wieloletniego łagru za faktyczną lub domniemaną współpracę z CIA. Wyciszać skandalu nie zamierzał Władimir Putin, który przylot swoich kolegów po fachu zamienił w pyszną celebrację. Rosja świętowała odzyskanie międzynarodowego prestiżu, którego miarą od czasów radzieckich jest przechytrzenie lub dokopanie USA. Tak bowiem przedstawiano długoletnią działalność nielegalnych szpiegów. Co z tego, że żadne z nich, bo wśród aresztowanych były cztery pary małżeńskie, nie zdobyło nigdy żadnej wartościowej informacji wywiadowczej. Jak ogłosił triumfalnie Kreml, ofiarnie pełnili zdania uśpionych agentów. Wszyscy zostali odznaczeni wysokimi orderami i obdarowani lukratywnymi synekurami.

Nie zmieniło to faktu zdrady Potiejewa, która z czasem i wbrew Kremlowi zaczęła wychodzić na powierzchnię kompromitującymi szczegółami. Otóż pułkownik został najpewniej zawerbowany przez CIA podczas służby w rezydenturach SWZ, działających pod przykryciem rosyjskich placówek w USA. Popełnił też kilka kardynalnych błędów, które sprawnie działający kontrwywiad wewnętrzny, każdą służbę wywiadowczą skłoniłyby do uruchomienia cichego śledztwa. Tymczasem Potiejew cieszył się do końca pełnym zaufaniem, a gdy poprosił o wycofanie z Rosji, CIA bez problemu zorganizowała jego ewakuację pod nosem FSB. Jak się jednak okazuje, skandal szpiegowski sprzed kilku lat ma nieoczekiwany epilog, który wywołał poważną tym razem refleksję zachodnich służb specjalnych.

Niewinne dzieci?

Jak to w życiu bywa, nawet szpiegowskim małżeństwom rodzą się dzieci. Sęk w tym, na ile są świadome prawdziwych biografii, a zatem działalności rodziców? Cywilizowane prawo nie przewiduje wprawdzie zbiorowej odpowiedzialności rodzinnej, ani nie sądzi dzieci za winy rodziców, jednak mleko się rozlało, również podwójnie. Po pierwsze, niektórzy dorastający Rosjanie wyrwani ze swego naturalnego czyli amerykańskiego środowiska, nie potrafili się odnaleźć w prawdziwej ojczyźnie. Po drugie, mimo humanitarnych i politycznych względów, amerykańskie FBI wolało dmuchać na zimne.

Wszystko razem odbiło się na dwudziestoletnim Aleksym Foley’u, a właściwie Aleksandrze Biezrukowie, jednym z dwóch synów szpiegowskiej pary- Andrieja Bezrukowa i Jeleny Wawiłowej. Po aresztowaniu rodziców, wraz z młodszym bratem został internowany, a potem razem z nimi wydalony. Jednak rodzina żyła przecież w USA, jako obywatele Kanady. Tymczasem Aleks nie znalazł sobie miejsca w Rosji, dokończył więc wyższą edukację w Europie Zachodniej, choć już z rosyjskim paszportem. Nie ustawał przy tym w próbach przywrócenia obywatelstwa kanadyjskiego ponieważ urodził się w tym kraju. Władze w Ottawie kilkukrotnie odmówiły takiego przywileju, lecz wynajęte biuro adwokackie udanie posłużyło się miejscowym prawem. W ubiegłym roku Kanada przychyliła się do petycji, powtórnie nadając Aleksowi prawa obywatelskie, w tym pobytu na swoim terytorium. Młody Rosjanin ma teraz dwa paszporty, choć żyje i pracuje w Singapurze jako makler. Cała operacja, przecież kosztowna, każe podejrzewać, że została zorganizowana celowo przez SWZ i rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych. To wyraźny precedens, na który zwróciły uwagę tytuły w Europie i USA. Dlaczego?

FBI zapowiedziało, że noga wydalonego Rosjanina nie postanie na terytorium amerykańskim. Wyłożyło również odpowiednie karty na stół. Federalni agenci przekazali opinii publicznej mocne dowody, świadczące o tym, że Aleks znał całą prawdę o rodzicach. I podobnie jak oni został zaprzysiężony przez SWZ do pracy szpiegowskiej. Jak kpi Andriej Sołdatow, dziennikarz zajmujący się specjalną problematyką, młody człowiek uległ pokusie spokojnego życia w USA, na dodatek opłacanego przez Kreml. Kto z Rosjan by nie chciał? – zadaje retoryczne pytanie.

Tak naprawdę problem jest zabawny do czasu. Okazuje się, że Kreml wcale nie zrezygnował z wywiadu nielegalnego. Choć rodzice Aleksa to weterani KGB, wraz nimi wpadła niejaka Anna Wasiljewna Kuszczenko, szerzej znana jako Anna Chapman. Jak się okazało po aresztowaniu i wiedeńskiej wymianie, jest córką wysokiego rangą oficera KGB – SWZ, latami służącego pod dyplomatycznym przykryciem. Biografię Anny i jej ojca potwierdził nie kto inny tylko sam Siergiej Iwanow, generał i szef sztokholmskiej rezydentury SWZ, a potem wysoki urzędnik Kremla i zaufany Putina. Jak się okazuje, Kuszczenko przeszła klasyczną drogę legalizacji na Zachodzie, taką samą jak w latach 30. czy 80. XX w. Wyszła za mąż za obywatela brytyjskiego po to, aby otrzymać obywatelstwo. Równolegle budowała kontakty, także biznesowe, które pomogły jej założyć firmę, a po rozwodzie już jako poddanej korony, osiedlić się w USA.

Rośnie drugie pokolenie nielegalnego wywiadu Rosji. Zdecydowanie groźniejsze od swoich rodziców, na co zwracają uwagę amerykańscy i brytyjscy eksperci. Rzecz w tym, że z jednej strony globalizacja zlikwidowała najpoważniejsze bariery swobodnego przemieszczania osób. Z drugiej, do gry weszli młodzi, drapieżni bo żądni sukcesów funkcjonariusze wywiadu. Często, a w przypadku pionu „S” zawsze, wychowani na Zachodzie, a więc doskonale zintegrowani i wtopieni w środowisko. Nie mają żadnych problemów adaptacyjnych, takich jak agenci plasowani zza obcej kulturowo żelaznej kurtyny. Ponadto SWZ i GRU naprawdę szeroko wykorzystują legendy biznesową, stypendialną czy też po prostu humanitarną. Na przykład możliwość łączenia rodzin w ramach wielkiej, poradzieckiej emigracji Rosjan do Europy i USA. W cenie są także rosyjskie umysły, drenowane z ojczyzny przez ponadnarodowe korporacje, rynki finansowe, a w gruncie rzeczy przez każdą branżę wysokich technologii.

W efekcie powstaje piorunująca mieszanka wywiadowczych możliwości Rosji, bo kto zagwarantuje, że wśród milionów emigrantów lub po prostu ludzi interesu nie znajdują się oficerowie i współpracownicy kremlowskich służb specjalnych? Wręcz przeciwnie. To pewne, zważywszy na ogromny potencjał wymienionych metod legalizacji. Dziesiątki, a może setki rosyjskich szpiegów są wśród nas, bez problemu uzyskując prawo pobytu czy też pożądane obywatelstwo. To nie wymysły, ani paranoja, tylko fakty. Żyzną glebę dla podobnych operacji stworzyły już służby radzieckie u schyłku imperium. Wytransferowały na Zachód ogromne środki, za które sfinansowano zakup lub organizację wielu firm, dziś służących przykryciu operacyjnej działalności. A co powiedzieć o olbrzymich majątkach rosyjskich oligarchów, którzy żyjąc w symbiozie z Kremlem, nie odmówią przecież ojczyźnie drobnej przysługi, lokując w swoich europejskich lub amerykańskich włościach kilku oficerów wywiadu. Szczególnie, że wielu z miliarderów ma nomenklaturową przeszłość lub po prostu wywodzą się z KGB.

Czego zapomnieli lub szukają w Wielkiej Brytanii nielegalni agenci rosyjskich służb specjalnych, pyta na przykład Business Insider cytując raport ekspertów dla Izby Gmin. W grudniu przedstawili parlamentarnej komisji obrony wyniki analizy poświęconej tej formie szpiegostwa, zwracając uwagę na kontynuację programu plasowania rosyjskich nielegałów oraz nowe możliwości, jakie niesie w tym zakresie współczesny kapitalizm. Raport ocenia, że tylko w połowie lat 80-tych XX w. na terenie zachodniej Europy kontynentalnej, Wielkiej Brytanii oraz po drugiej stronie Atlantyku KGB zainstalowało nielegalnie ok. 200 osób, a wywiad wojskowy kolejne 150. Obecnie są obsługiwani przez SWZ i GRU, choć obie służby nie ustają w nowych operacjach. Tymczasem, jak pokazują przykłady Aleksa i Anny, dzieci szpiegów starej, radzieckiej szkoły także dorastają.

Największy problem z nielegałami tkwi jednak w strategii naturalizacji. Tacy agenci mają trzymać się, jak się najdalej od miejscowych służb specjalnych, co zakłada zakaz ich rozpracowania poprzez infiltrację od środka. Pozwala to uniknąć drobiazgowej procedury sprawdzającej, która obejmuje ich pracowników. Brytyjscy eksperci kończą analizę wnioskiem nie tylko o istnieniu, ale stałym wzroście zagrożenia ze strony wywiadu „S” Rosji, dostosowującego elastycznie szpiegowskie rzemiosło do warunków XXI w.

Taką opinię podziela Michael Morell, długoletni analityk i wicedyrektor CIA. Twierdzi, że amerykańskie, a szerzej zachodnie służby specjalne wykazały się niedostatkiem przezorności, związanej ze skalą rosyjskiego zagrożenia wywiadowczego. Taki jest skutek koncentracji wszystkich sił, zasobów i środków na walce z terroryzmem po 11 września 2001 r. W tym samym czasie, gdy Putin grał oficjalnie rolę antyterrorystycznego partnera, kremlowskie służby ze zdwojoną siłą atakowały instytucje i społeczeństwa świata zachodniego. Do perfekcji opanowały maskowanie, wykorzystując do tego celu zachodni obraz życia, biznes i wreszcie udawane wartości.