Operacja „Hiroszima”

Rosyjskie służby zorganizowały krwawe zamachy, które wyniosły Władimira Putina do władzy.

We wrześniu 1999 r. w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodońsku zginęło w wybuchach 311 osób, mieszkańców wielorodzinnych, postkomunistycznych blokowisk. Był to pretekst do tzw. drugiej wojny czeczeńskiej. Wojny, która wyniosła mało znanego premiera Władimira Putina na stanowisko prezydenta Rosji, a później faktycznego dyktatora tego kraju, którego zakres władzy dziś bardziej przypomina kompetencje cara samowładcy, niż demokratycznie wybranej głowy państwa.

Z bałaganu, który panuje w Rosji wszyscy się śmieją. Nie inaczej było tym razem. Po czterech „udanych” zamachach 22 września kolejny, w Riazaniu, udaremniono. Złapano również sprawców, którymi okazali się… oficerowie Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Zatrzymanych wypuszczono, a udaremniony zamach ogłoszono ćwiczeniami. Dziennikarze i niektórzy politycy nie odpuszczali. W 2002 r. zbiegły do Wielkiej Brytanii były pułkownik FSB Aleksander Litwinienko wspólnie z innym dysydentem Jurijem Fielsztinskim napisali książkę „FSB wysadza Rosję”. W tym samym roku postał film dokumentalny o tym samym tytule. Litwinienko za swoją odwagę w demaskowaniu zbrodni nowych rządzących na Kremlu zapłacił najwyższą cenę. Na jesieni 2006 r. zmarł otruty radioaktywnym polonem 210. Śmierć nastąpiła w męczarniach 23 listopada, po 23 dniach leczenia, które nie mogło zapobiec okrutnej śmierci. Litwinienko dosłownie rozpadł się na oczach setek milionów ludzi, stając się dowodem na bezwzględność obecnego prezydenta Rosji. Po latach wiadomo, że w akcji wywołania wojny w Czeczeni oprócz FSB realizującej swój plan „Hiroszima” uczestniczyły także wojskowe służby, które na własną rękę podgrzewały sytuację. Fakt iż dziś, 18 lat po zamachach, praktycznie wszystko jest wiadome, tylko winni nie ukarani, jest smutnym komentarzem do otaczającej nas rzeczywistości.

Mała zwycięska wojna

Putin premierem został 8 sierpnia 1999 r. Nie był wcale faworytem do objęcia funkcji przyszłego następcy schorowanego Borysa Jelcyna. Paradoksalnie nominację zawdzięczał swojej słabości. Jeden z wszechwładnych oligarchów, który forsował go na to stanowisko, Borys Bieriezowski, wybrał Putina ponieważ uznał, że będzie go najłatwiej kontrolować. Trudno w najnowszej historii o większą pomyłkę w ocenie charakterów. Bieriezowski zmarł 23 marca 2013 r. w tajemniczych okolicznościach w Sunninghill w Wielkiej Brytanii, będąc od 12 lat na przymusowej banicji. Samobójstwo, które rzekomo Bierezowski popełnił było nieprzekonujące tak dla koronera, jak i rodziny i przyjaciół zubożałego pod koniec życia oligarchy. Chociaż Bieriezowski podczas swojej przymusowej emigracji sponsorował Litwinienkę i innych dysydentów, to jest mało prawdopodobne, aby nie był wtajemniczony w 1999 r. w akcję dzięki, której Putin miał stać się „zbawcą narodu”.

Plan „Hiroszima” przygotowywano już kwietniu 1999 r. Putin był wtedy szefem FSB. Zakładał wywołanie „małej zwycięskiej wojny”, która podbuduje morale społeczeństwa i zjednoczy je wokół lidera. Sposoby manipulacji społeczeństwem rosyjscy czekiści mają bardzo mocno opanowane. Doskonale wiedzieli, że każde zamachy wpływają automatycznie na wzrost popularności urzędującej władzy, szczególnie jeżeli będzie ona demonstrować siłę i wyrazistość.

Operacją dowodził jeden z najbliższych współpracowników Putina – jego następca na stanowisku szefa FSB, Nikołaj Patruszew. Pełnię wiedzy miał jeszcze szef Departamentu Walki z Terroryzmem FSB, generał Gierman Ugriumow. Do akcji zaangażowano czterech agentów FSB. Na ich potrzeby jako cel akcji wyznaczono skompromitowanie republiki czeczeńskiej, aby zapobiec międzynarodowemu uznaniu jej niepodległości. Czeczenia bowiem po wojnie w latach 1994-1996 była faktycznie niezależnym od Rosji krajem i jedyne czego brakowało do uznania status quo, to potwierdzenia tego na forum międzynarodowym.

Tajny oddział K-20 rozpoczął pozyskiwanie Czeczenów i Czeczenki do specjalnego komanda, które miało porywać i mordować obcokrajowców. Werbowano klasycznie: a więc jednym płacono wolnością, innym pieniędzmi, a jeszcze innych szantażowano wyrządzeniem krzywdy najbliższym. W czerwcu 1999 r. podjęto decyzję, że oprócz działań wymierzonych w obcokrajowców trzeba także uzyskać wrogość zwykłych Rosjan. Decyzja o tym, że będą konieczne ofiary wśród zwykłych ludzi zapadła.

Ale w Rosji, jak to w Rosji, nic nie może do końca wyjść zgodnie z planem. Gdy 4 września 1999 r. w Bujnaksku, w sąsiadującej z Czeczenią autonomicznej republice Dagestan doszło do wybuchu ciężarówki z materiałami wybuchowymi zaparkowanej przed budynkiem, w którym kwaterowali rosyjscy żołnierze, to na Łubiance w siedzibie FSB wszyscy byli w szoku. Bynajmniej nie dlatego, że zginęły 64 osoby. Po prostu FSB tego zamachu nie organizowała.

Błyskawicznie ustalono, że była to robota XIV Zarządu GRU (wojskowe służby specjalne). Operacją dowodził osobiście generał Nikołaj Kostieczko. Przesłuchiwany osobiście przez Putina Kostieczko tłumaczyć się miał, że do zamachu doszło za zgodą Kremla, a precyzyjniej, wspomnianego już oligarchy Borysa Bieriezowskiego. W ten sposób promotor Putina chciał pokazać, że to on kontroluje sytuację i pociąga za wszystkie sznurki. Ta pewność siebie za kilkanaście miesięcy zmusiła go do ucieczki z Rosji i ukrywania się do końca życia. Ale jak widać nie jest to postać, której specjalnie należy żałować. Putin kazał GRU zakończyć operację. Dlatego jeszcze tego samego dnia „przez przypadek” odkryto 2 tony materiałów wybuchowych, umieszczone w innej ciężarówce na parkingu obok szpitala i budynków mieszkalnych.

Dalszą częścią operacji zajęło się już FSB. 9 września, ponad 400 kilogramów materiałów wybuchowych kompletnie zniszczyło dziewięciopiętrowy blok w Moskwie. Zginęło 106 osób, a ponad 690 zostało rannych. 13 września 1999 r. wyleciał w powietrze ośmiopiętrowy budynek mieszkalny przy ulicy Kaszyrskoje Szosse, w południowej części Moskwy. Zginęły 124 osoby, a 7 zostało rannych. 16 września 1999 r. doszło do wybuchu przed dziewięciopiętrowym blokiem mieszkalnym w Wołgodońsku, w południowej Rosji. Tym razem zginęło 17 osób.

Mała, zwycięska wojna była już prawie gotowa. Naród żądał zemsty. Kilka dni później Putin wygłosił swój kultowy tekst. „Będziemy ścigać terrorystów wszędzie. Jak na lotnisku ich złapiemy, to na lotnisku, i – wybaczcie – zatłuczemy ich nawet w wychodkach, jeśli ich tam dopadniemy” – obiecywał, a ludzie czuli, że to jest silny człowiek, na trudne czasy.

------------

Całość w najnowszym numerze.