Ostrzeżenie przed inwazją

Kim był człowiek, który w ostatniej chwili ostrzegł przywódców „Praskiej Wiosny”? Czy był Czechem czy Polakiem? Jak zaczęła się jego współpraca? Jakie były jego motywy i co się później z nim stało?

Radiostacje w dywizjach zgrupowanych w trzech frontach - Północnym, Centralnym i Południowym oraz Samodzielnej Grupie Operacyjnej „Balaton” odbierają krótki, składający się z zaledwie dwóch słów komunikat: „Wybiła godzina”. 200.000 żołnierzy wspieranych przez ponad 2000 czołgów przekracza granicę PRL i kieruje się w stronę Pragi. Jednocześnie, dwie pełne dywizje radzieckich spadochroniarzy lądują na najważniejszych czeskich lotniskach. Ich zadanie – udzielić „internacjonalistycznej pomocy” i pokazać reformistom z Komunistycznej Partii Czech, że zbyt daleko odeszli od kursu wyznaczonego przez Kreml. Jest 20 sierpnia 1968 roku. Godzina 23:00. Na rozkaz marszałka ZSRR Iwana Jakubowskiego rozpoczyna się operacja Dunaj.

Radziecki dowódca jest dobrej myśli. Wie, że jego oddziały są w stanie wykonać postawione przed nimi zadanie. W kolejnych rzutach ma do dyspozycji jeszcze 300.000 żołnierzy i kolejne 4000 czołgów. Z drugiej strony pamięta powstanie węgierskie sprzed dwunastu lat. Wie, jakimi stratami okupiono przywrócenie komunistycznej władzy w Budapeszcie. Jego sztabowcy byli wtedy młodymi porucznikami i kapitanami. W myślach cofają się w czasie do 1956 r., do krzyków rannych i umierających, do widoku spalonych czołgów i transporterów opancerzonych. Dlatego nakazują swoim podwładnym ostrożność. Jakakolwiek próba stanięcia na drodze nacierających oddziałów musi zostać natychmiast złamana. Oficerowie znają na pamięć instrukcję: „Biały pas, to znak rozpoznawczy naszych wojsk i sił sojuszniczych. W przypadku spotkania oporu ze strony czołgów i wozów bojowych bez białych pasów, należy je niezwłocznie niszczyć bez ostrzeżenia i bez dodatkowego rozkazu przełożonych”.

Armia Czechosłowacji jednak nie stawia oporu. Bez przeszkód wojska Układu Warszawskiego osiągają wyznaczone cele. Na granicy nie padł ani jeden strzał w kierunku interwentów. Dlaczego? Pierwszy Sekretarz KPCz Aleksander Dubczek wydał rozkaz, by jego żołnierze nie reagowali. Ale w jaki sposób komunikat ten zdołał dotrzeć do wszystkich posterunków jeszcze przed – utrzymywaną przecież w najwyższej tajemnicy – inwazją? Dokumenty odnalezione w Instytucie Pamięci Narodowej rzucają nowe światło na tę kwestię. Wynika z nich, że na kilka godzin przed rozpoczęciem operacji Dunaj, informator czeskiej ambasady w Warszawie przekazał szczegóły mającej nastąpić interwencji.

Pod pseudonimem „Gregor 157” kryje się oficer czeskiego wywiadu, który przyjął depeszę. Ale to nie on jest tu ważny. Kim był człowiek, który najprawdopodobniej w ostatniej chwili ostrzegł przywódców „Praskiej Wiosny”? Czy był Czechem czy Polakiem? Jak zaczęła się jego współpraca? Jakie były jego motywy i co się później z nim stało? Archiwa IPN dają tylko częściową odpowiedź na te pytania.

Czesi nigdy nie nadali mu nawet pseudonimu. W wysyłanych do centrali depeszach ani razu nie pojawiło się ani jego nazwisko, ani też – poza jego zawodem – żadne inne dane pozwalające na identyfikację. „(…) ze względu na treść informacji, przekazanej nam przez tego dziennikarza, w interesie jego bezpieczeństwa nie wymieniamy nazwiska informatora ani redakcji, w której pracuje i prosimy, aby treść tej informacji służyła tylko do użytku wewnętrznego” – pisał pracownik Ambasady Czechosłowacji w Warszawie Jan Pavlasek w notatce do swojego MSZ.

Niecałe dwa lata po stłumieniu Praskiej Wiosny, byłych już pracowników ambasady przesłuchiwała czeska bezpieka. Oto treść notatki, przekazanej później PRL-owskiemu MSW: „Jan Pavlasek poinformował, że stałym informatorem o stosunkach wśród inteligencji polskiej był redaktor "Polityki" Wróblewski, który miał również kontakty z pracownikiem Ambasady Czeskiej w Warszawie, St. Neumanem. Jego informacje były przesyłane do MSZ bez własnych komentarzy, jednakże informacjom tym starano się nadać subiektywną ocenę”.Jakimi sposobami agenci StB (Státní bezpečnost – dosłownie Bezpieczeństwo Państwa) zmusili Pavlaska do ujawnienia tożsamości swojego informatora, możemy się jedynie domyślać. Wystarczy przypomnieć słynną maksymę Dzierżyńskiego, że nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani. Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa we wszystkich krajach bloku wschodniego stosowali te same, sprawdzone metody, które doskonale działały za czasów „Żelaznego Feliksa”.

Informacje StB wzbudziły zrozumiałe poruszenie w kontrwywiadzie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL. Andrzej Krzysztof Wróblewski był jednym z najbardziej znanych, a co za tym idzie najbardziej wpływowych dziennikarzy w kraju. Jako reporter i komentator „Polityki” był ceniony nie tylko w Polsce. Rozpoczęło się śledztwo. „A.K. Wróblewski pozostając od 1965 r. w stałym kontakcie z pracownikami ambasady CSRS w Warszawie Stanisławem Naumanem i Janem Pavlaskiem, był ich zaufanym informatorem. Przekazywał im różnego charakteru informacje, w tym również poufne i tajne. Z nadesłanych przez władze czechosłowackie dokumentów wynika, że w dniu 20 sierpnia 1968 r., o godzinie 16-tej, A.K. Wróblewski przekazał Ambasadzie CSRS informację, o przygotowaniach do wkroczenia wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. Wiadomość tę natychmiast przekazano szyfrogramem do Pragi z adnotacją: Pilna! Błyskawiczna! Przekazać natychmiast!” – meldował do centrali oficer SB.

Ile razy dziennikarz spotkał się z czeskimi dyplomatami, nie jest jasne. Wiadomo, że do jeszcze jednego spotkania doszło osiem dni po inwazji wojsk Układu Warszawskiego. Wróblewski przekazał wówczas informacje bardziej ogólne – mówił przede wszystkim o panujących w społeczeństwie nastrojach już po wejściu polskich i radzieckich armii do Czechosłowacji. „Większość obywateli PRL wstydzi się i czyni odpowiedzialnym za to kierownictwo partii i rządu” – meldował. Redaktor „Polityki” nie krył się chyba zbyt mocno ze swoją pozadziennikarską działalnością. „Mój przyjaciel, który pracuje w KC PZPR ostrzegał mnie, żebym był ostrożny” – mówił wówczas Pavlaskowi.

Współprace zerwano jednak jeszcze w tym samym miesiącu. Na kolejne umówione spotkanie Wróblewski nie przyszedł. Przekazał później, że czuje, że jest śledzony. „W związku z tym, wszelkie dalsze kontakty z nim, zostały natychmiast przerwane” – meldował Pavlasek.

Jak zaczęła się współpraca Wróblewskiego z Czechami? Możemy tylko spekulować. Dokumenty IPN nie pozwalają ną jednoznaczne wnioski. Dużą w tym rolę z całą pewnością pełnił Jerzy Ledere – dziennikarz pisma „Literarni Listy”. Współdziałał on z Karolem Modzelewskim i paryską „Kulturą”. Z tym środowiskiem dziennikarz „Polityki” był zaprzyjaźniony już od połowy lat pięćdziesiątych.

Mimo że prowadzący śledztwo oficer SB stwierdził, że „Działanie A.K. Wróblewskiego stanowi przestępstwo z art. 260 § 1 kk, przewidującego karę od 5 miesięcy do 6 lat więzienia za ujawnienie wiadomości stanowiącej tajemnicę państwową”, dziennikarza nie spotkała żadna kara. Nie zostały mu nawet postawione zarzuty. W jego aktach nie znajdziemy jednak odpowiedzi na pytanie, jakie były powody takiej decyzji. Być może uznano, że ujawnienie przypadku szpiegostwa w gronie „bratnich, socjalistycznych krajów” byłoby politycznie szkodliwe.

Na współpracy z Czechami ta historia się jednak nie kończy. Siedem lat później – w lutym 1975 r. – Wróblewski zaczął spotykać się z pracownikiem rezydentury CIA, J.M. Seymourem – oficjalnie II sekretarzem do spraw politycznych ambasady USA. Był wtedy pod stałą obserwacją SB w ramach SOR „Krzyś”. Dziennikarz „Polityki” miał wówczas przekazać informacje o ruchach kadrowych w MSZ. Zaprzeczył, jakoby minister Stefan Olszowski miał być zmuszony do odejścia. „Olszowski jako członek Biura Politycznego wie, że nie wolno mu irytować ZSRR mrzonkami o niezależnej polityce PRL i nigdy by tego nie zrobił” – mówił na spotkaniu w styczniu 1976 r. Amerykańskiego dyplomatę interesowała także postawa Polaków, wobec proponowanych przez Gierka zmian w Konstytucji. Chodziło o planowane wówczas wprowadzenie zapisów o kierowniczej roli PZPR i sojuszu z ZSRR. Dokładną treść rozmowy SB otrzymało od swojego agenta ulokowanego w Departamencie Stanu USA. W marcu odpowiednia informacja ląduje na biurku generała brygady Adama Krzysztoporskiego – wicedyrektora Departamentu II MSW.

„Ze sprawdzonego źródła uzyskano wiarygodną informację, że Departament Stanu USA dysponuje następującą relacją ambasady amerykańskiej w Warszawie na temat rozmowy, jaką w dniu 21 stycznia br. przeprowadził II sekretarz tej placówki J.M. Seymour z redaktorem „Polityki”, Andrzejem Wróblewskim.

Wróblewski potwierdził znane fakty, dotyczące umieszczenia w Konstytucji artykułu o kierowniczej roli partii w państwie, jak również opozycyjnej petycji 59 intelektualistów i liście polskiego Episkopatu do władz. Według niego, społeczeństwo polskie jest już obojętne na takie symbole jak Konstytucja, ponieważ pragnie poprawy zaopatrzenia w artykuły konsumpcyjne i lepszych warunków życiowych. Dla ogromnej większości Polaków, treść Konstytucji nie ma znaczenia. Wróblewski podkreślił, że sygnatariusze petycji, to „śmietanka intelektualna” społeczeństwa, która nadal przykłada wagę do takich symboli. Jego zdaniem, był czas, kiedy to wielu Polaków mogło z zapałem prowadzić polemikę o to, w którą stronę winna być zwrócona głowa polskiego orła, nie dbając przy tym o warunki materialne, natomiast aktualnie postawa przeciętnego obywatela jest odwrotna.

Pewnym symptomem stanowiska władz wobec sygnatariuszy petycji, będzie recenzja książki jednego z autorów listu – Adama Zagajewskiego, która ukarze się w „Polityce” 23 stycznia br. Według Wróblewskiego, książka ta została negatywnie scharakteryzowana przez K.T. Toeplitza, natomiast recenzja napisana przez dziennikarza „Polityki” Jana Walca – „przynajmniej przed ocenzurowaniem” – wyrażała się o niej pozytywnie.

Innym kontrowersyjnym punktem proponowanych zmian jest sformułowanie dotyczące sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Wróblewski stwierdził, że w wyniku petycji intelektualistów, może ono zostać „rozwodnione”.

Mówiąc o stosunkach polsko-radzieckich, redaktor „Polityki”, nadmienił, że jego przyjaciele do chwili obecnej zastanawiają się nad implikacjami niespodziewanej wizyty premiera ZSRR w PRL w sierpniu 1975 r. Przyznał on, że chociaż zawiera ona elementy zarówno aprobaty, jak i przestróg odnośnie do polskiego kierownictwa, to w sumie wizytę te można uznać, za „symboliczne wzmocnienie pozycji I Sekretarza KC PZPR”.

Współpraca Wróblewskiego z Amerykanami trwała jeszcze w latach osiemdziesiątych. Częściowo zachowany w archiwach IPN meldunek określa go jako „wieloletniego i chronionego informatora Ambasady USA”. Z pracownikami rezydentury CIA spotykał się kilkanaście razy w roku. Przekazywane przez niego informacje dotyczyły głównie sytuacji w kierownictwie PZPR, zmian w polityce gospodarczej i stosunków z ZSRR oraz RFN. Jak stwierdzali obserwujący go esbecy – „Jest on wysoko oceniany przez tę placówkę jako źródło informacji. Placówka USA zresztą, traktowała Wróblewskiego jako jedną z osób mogących odegrać w przyszłości bliżej nieokreśloną rolę polityczna a związane z tym jej zabiegi były typowe dla kupowania elit i ludzi establishmentu”.

Mimo tych informacji, Wróblewskiemu pozwolono wyjechać do USA na stypendium Uniwersytetu Harvarda. Pozwalano mu też na dalsze wyjazdy do Stanów, Francji i Wielkiej Brytanii. Nie wyciągnięto wobec niego konsekwencji o charakterze prawnokarnym ani nawet służbowym. Co dziwniejsze, nie podjęto wówczas żadnej próby werbunku, choć taką propozycję sformułował w 1984 r. podpułkownik Larysz. Dopiero w maju 1989 r., zaledwie na miesiąc przed upadkiem komunizmu, w warszawskiej kawiarni „Rozdroże” major SB nawiązuje z nim rozmowę. Co ciekawe, w kwestionariuszu osobowym oficer stwierdził, że dziennikarz nigdy nie współpracował z żadnym obcym wywiadem lub kontrwywiadem. Major proponuje Wróblewskiemu współpracę w charakterze konsultanta. Do tej jednak nigdy nie dochodzi. Jest już po rozmowach Okrągłego Stołu. Wkrótce wybory do Sejmu Kontraktowego i powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego. Próba werbunku nie ma już sensu.

Krzysztof Galimski