Powrót do KGB?

Zachodnie media często zadają pytanie o to, jak dalece rosyjska opozycja jest tworem Kremla? Tak dyplomatyczne sformułowanie kryje w sobie niewypowiedziane słowo – klucz. Chodzi o infiltrację, której podlegają antyputinowskie siły polityczne i społeczne. Odpowiedź kryje się w metodach, środkach oraz skali operacji rosyjskich służb specjalnych, choć problem nie jest wcale jednoznaczny.

Niezwykle ważna jest definicja opozycji, którą elity rządzące Rosją celowo rozmyły i rozciągnęły, traktując słowo jak gumę do żucia. To jasne, że Władimir Putin „uporządkował” scenę polityczną, sprowadzając demokratyczną wielopartyjność do dekoracyjnej fasady.

W miarę tego spektaklu pierwszoplanowi aktorzy zamienili się w statystów. Z Dumy Państwowej zniknęły partie liberalne, w rodzaju Sojuszu Sił Prawicowych lub demokratyczne, jak Jabłoko. Na pocieszenie zostały zapisane w szeregi tak zwanej opozycji pozasystemowej, bo nie mieściły się w partyturze kapelmistrza Putina, dyrygującego rosyjską polityką.

Z czasem jednak pojęcie takiej opozycji uległo metamorfozie, a jej nazwę zamieniono w antysystemową. Do ligi nieposłusznych dołączono wszystkich krytyków prezydenta i kleptokratycznych elit władzy. Przede wszystkim chodzi o te postaci sceny politycznej lub ugrupowania, które nie przeszły kremlowskiego castingu lojalnościowego, równoznacznego z wydaniem zgody na legalną działalność. Następnie na czarną listę trafili działacze i organizacje społeczne zajmujące się obroną praw człowieka lub po prostu o proobywatelskim profilu. Od komitetów obrony żołnierzy poborowych, setkami targających się na własne życie z powodu tzw. diedowszczyny, czyli fali, przez krytyków siłowej dyskryminacji mniejszości etnicznych lub azjatyckich gastarbeiterów, po ruchy ekologiczne. Słowem podpadli wszyscy, którzy próbowali złamać monopol Kremla na decydowanie o bodaj wszystkich dziedzinach życia.

Równolegle następowało przejęcie przestrzeni medialnej. Cenzurą objęto zarówno niezależnych dziennikarzy i redakcje, jak i Internet. W ostatnim przypadku Kreml zadbał o stronę techniczną, czyli nadzór nad operatorami jak nad autorami publikowanych treści. W 2014 r. Rosja rozpoczęła niewypowiedzianą wojnę z Ukrainą, anektując Krym oraz dokonując zbrojnej inwazji. Na proskrypcyjne wykazy trafili wszyscy, którzy nie zgadzali się z jawnym złamaniem prawa międzynarodowego.

Putinowscy naganiacze ukuli wówczas termin V Kolumny, czyli politycznych dywersantów opłacanych przez wrogi Zachód, których zadaniem jest wewnętrzna destabilizacja Rosji. Zniszczenie podnoszącego się z kolan światowego mocarstwa, a poza tym kraju płynącego mlekiem i miodem, słynnego ze społecznej równości.

Na koniec do grona przeciwników kremlowskiego szczęścia dołączyły NGO’sy, czyli organizacje obywatelskie, które pozyskiwały zagraniczne fundusze. Dla nich utworzono specjalną kategorię prawną „zagranicznych agentów”, podciągając ich działalność pod paragraf szpiegostwa.

Jeśli już jesteśmy przy stronie prawnej, trzeba powiedzieć, że także w tej dziedzinie Putin dokonał niemało. Wprowadził najpierw restrykcyjne uregulowania partii politycznych, a następnie ustawodawczą zaporę progu wyborczego. W tym samym duchu znowelizował ustawy o środkach masowego przekazu i organizacjach społecznych. Jednak prawdziwym batem na nieusankcjonowaną opozycję stały się ustawy antyterrorystyczna i antyekstremistyczna, podciągające pod te pojęcia wszystkich wyżej wymienionych. I na koniec pozostaje zadać pytanie, po co ten nudny wykład?

Otóż po to, aby rozwiać mit potocznie nazwany powrotem do KGB. W zachodnich, ale także polskich mediach panuje przekonanie, że rosyjskie służby specjalne działają ponad prawem i to w sposób niekontrolowany. To prawda, bo sięgają zarówno poza dozwolone metody, jak i prowadzą operacje wychodzące daleko, lecz tylko poza zachodnie ramy ich funkcjonowania. To demokracja przewiduje formę obywatelskiej kontroli. W Rosji natomiast cały suspens polega na odpowiednich manipulacjach prawnych, które wyposażają służby specjalne w bogate instrumentarium oraz w równie szerokie kompetencje. Ludzie rosyjskiego prezydenta bardzo zręcznie zbudowali pozory praworządności, udzielając przy tym kluczowych kompetencji prokuraturze oraz Komitetowi Śledczemu (KS) Federacji Rosyjskiej.

KS to wręcz kluczowa instytucja, która prowadzi dochodzenia w tzw. sprawach wagi państwowej, czyli niszczy wszelkie przejawy antykremlowskiej opozycji i publicznej krytyki. Jest tak samo dyspozycyjna, jak cały wymiar sprawiedliwości na czele z sądami. Tak więc służby specjalne działają w roli podwykonawców Komitetu Śledczego, a nielegalna, w tym represyjna rola to jedynie wynik błędnego myślenia Zachodu. W praktyce wszystko odbywa się zgodnie z prawem. Dlatego po kolejnym aresztowaniu opozycjonisty, rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow może z czystym sumieniem mówić, iż rosyjski prezydent nie miał z tym faktem nic wspólnego. Sam Putin, patrząc w światła kamer zachodnich stacji, może natomiast mówić, że dołoży wszelkich starań, aby wyjaśnić kolejne zabójstwo lub pobicie krytyka swojej władzy.

Całość w najnowszym numerze.