Rakiety dla Kima. Ślady prowadzą do Rosji?

Informacja o ukraińskim wkładzie w północnokoreański program rakietowy błyskawicznie obiegła światowe media. Jeśli skandal znajdzie potwierdzenie w twardych faktach, Kijów stanie w obliczu ogromnych szkód na arenie międzynarodowej i wewnętrznej scenie politycznej.

Warto zapytać, komu zależało na rozdmuchaniu afery? Poszlaki prowadzą do rosyjskich służb specjalnych, dla których ukraiński wątek może być jedynie klasyczną maskirowką – operacją przykrycia faktycznych dostawców. Od lat kremlowskie służby specjalne handlują bronią oraz materiałami podwójnego zastosowania, kontrolując w tym celu zorganizowaną przestępczość i czarny rynek. Także na Ukrainie.

Topowy news

Dla odświeżenia pamięci, na domniemany ukraiński ślad w programie rakietowym Kima wpadł „The New York Times”. Dziennik twierdzi, że lipcowe starty północnokoreańskich rakiet balistycznych o zasięgu strategicznym, zakończyły się sukcesem dzięki nowym silnikom. Tymczasem Północna Korea jest objęta wszelkimi możliwymi sankcjami międzynarodowymi. „NYT” uściślił, że jednostki napędowe mogą pochodzić z zakładów ukraińskiego koncernu „Jużmasz”, który w ZSRR był głównym dostawcą rakiet triady jądrowej. Obecnie z powodu braku klientów „Jużmasz” znalazł się w niełatwym położeniu. Kryzys pogłębia zawieszenie współpracy eksportowej z rosyjskimi odbiorcami, bowiem po aneksji Krymu i wybuchu donbaskiej wojny Ukraina zerwała umowę o współpracy wojskowo-technicznej z Rosją.

Jakie poszlaki, zdaniem amerykańskich dziennikarzy, wskazują na takie źródło pochodzenia silników północnokoreańskich rakiet? Z analiz Międzynarodowego Instytutu Badań Strategicznych w Londynie wynika, że program rakietowy Kima miał mizerne efekty. Przestarzałe technologie stały u przyczyn seryjnych niepowodzeń testowanych rakiet. Jednak w ostatnim czasie tamtejszy kompleks wojskowo-przemysłowy dokonał zaskakującego postępu. Skąpa dokumentacja fotograficzna pozwoliła wyciągnąć wniosek o podobieństwie nowych jednostek napędowych do silników radzieckich rakiet balistycznych. Konkretnie chodzi o model RD-250, który z powodu bezawaryjności był używany w całej serii pocisków, aż do najbardziej śmiercionośnego R-36 lub w kodzie NATO: SS-18. Ponadto na podstawie RD-250 w ZSRR skonstruowano moduły napędowe rakiet wynoszących satelity i załogowe aparaty w przestrzeń kosmiczną.

Nic dziwnego, że ustalenia wywołały zrozumiały niepokój na całym świecie, a głównie w USA, Japonii i Korei Południowej, czyli w państwach będących potencjalnymi celami ataków Kima. Choć demokratyczna Korea była już w zasięgu rakiet starszej generacji.

Natomiast zachodni naukowcy oraz służby specjalne próbują odpowiedzieć na pytanie, jak i skąd taka technologia przedostała się do Północnej Korei? „NYT” wskazał na ukraińskie zakłady, choć nie twierdzi wcale, że stało się tak za wiedzą władz. Niemniej jednak mleko się rozlało, a konsekwencje mogą być wielorakie. Po pierwsze, naruszenie międzynarodowych umów o nieproliferacji (nierozprzestrzenianiu) technologii rakietowych naraża Ukrainę na poważne sankcje. Po drugie, Ukraina przestaje być wiarygodnym partnerem politycznym i ekonomicznym UE, NATO oraz USA. Po trzecie, w Waszyngtonie waży się los dostaw defensywnego uzbrojenia, maleją więc szanse, że amerykański sprzęt pojawi się na Ukrainie. Po czwarte można oczekiwać ograniczenia międzynarodowej pomocy finansowej dla Ukrainy. I po piąte, Ukraina traci na wiarygodności jako eksporter uzbrojenia. Żaden z kontrahentów nie zechce, aby ukraiński sprzęt trafił w ręce przeciwnika, wyciek technologii zaś, a co gorsza gotowych egzemplarzy, świadczyłby, iż władze w Kijowie nie kontrolują produkcji specjalnej. O braku elementarnej kontroli nad tym, co dzieje się w kraju nie wspominając, a to z kolei osłabia wizerunek władz w oczach samych Ukraińców. Musimy pamiętać, że Ukraina wchodzi w cykl wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Tymczasem z powodu słabego tempa demokratycznej transformacji, notowania obozu władzy dramatycznie spadają. Jak na skutki jednej, choć topowej informacji medialnej, to całkiem spore zamieszanie, co rodzi szereg pytań, z których pierwsze brzmi, jakie jest prawdopodobieństwo ukraińskiej winy?

Ukraińskie grzechy

Niestety, pomimo dementi wszelkich instytucji, od prezydenta, rządu, przez armię i służby specjalne, po sam „Jużmasz”, lista ukraińskich grzechów proliferacyjnych jest długa. W 2002 r. bohaterem skandalu został prezydent Leonid Kuczma, który jakoby wyraził zgodę na eksport radarów „Kolczuga” do Iraku, objętego wówczas sankcjami identycznymi z Koreą. „Kolczugi” to radary pasywnego namierzania celów powietrznych, w tym samolotów technologii stealth, co nieźle wystraszyło Amerykanów przed inwazją na Irak. Na tyle, że Ukraina znalazła się międzynarodowej izolacji, co było jednym z przyczynków do zakończenia politycznej kariery Kuczmy.

W tym samym roku „Der Spiegel” oskarżył ukraińskiego oligarchę o dostawy broni dla afgańskich talibów. I to nie byle jakiej, tylko 100 czołgów, które dotarły do odbiorcy z pomocą pakistańskich służb specjalnych. Następnie przyszła pora na ujawnienie czarnorynkowej dostawy rakiet samosterujących dla Iranu i Chin. Ponadto w 2002 r. Ukraina, a także Albania, Armenia i Zjednoczone Emiraty Arabskie znalazły się na międzynarodowej ławie oskarżonych o dostawy broni dla Muammara Kadafiego, choć Libia była objęta sankcjami ONZ. W 2008 r. statek towarowy „Faina” pod ukraińską banderą padł łupem somalijskich piratów, a wraz z nim kolejny transport czołgów. Nominalnie sprzęt płynął do Kenii, ale faktycznie miał trafić do Południowego Sudanu, oczywiście wbrew międzynarodowemu embargu. W 2011 r. Ukraina znalazła się gronie państw nielegalnie eksportujących broń do Jemenu, w którym trwała i trwa wojna domowa. Zresztą Amnesty International rozszerzyła listę grzechów Kijowa o czarnorynkowe dostawy broni aż dla kilku reżimów Afryki i Bliskiego Wschodu, tłumiących bunty Arabskiej Wiosny.

Czy w połączeniu z informacjami potwierdzonymi dokumentami, medialna bomba „NYT” na temat ukraińskich silników północnokoreańskich rakiet brzmi prawdopodobnie? Oczywiście, szczególnie, że „Jużmasz” znajdował się od dawna w polu widzenia służb specjalnych Kima oraz Chin. Na szczęście udało się zapobiec przedostaniu niebezpiecznej technologii do Korei Północnej. Podczas głośnej wówczas prowokacji, w sieci Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wpadło dwóch koreańskich dyplomatów z ambasady na Białorusi. Do „Jużmaszu” przybyli z ofertą zorganizowania lukratywnych wykładów dla koreańskich inżynierów, ale w trakcie negocjacji próbowali skorumpować pracowników technicznych i skopiować dokumentację silników. Ponieważ nie byli akredytowani na Ukrainie, zatrzymali się w tamtejszym więzieniu na osiem lat. O losie ukraińskich oferentów brak danych.

Natomiast w polu zainteresowania Chin znalazły się ukraińskie technologie kosmiczne. Pekin prowadził w pełni oficjalne rozmowy na temat pozyskania ukraińskich specjalistów, którzy ulepszyliby chińską konstrukcję lądownika dla planowanego lotu załogowego na Księżyc. Ponadto umowa, która oficjalnie nie doszła do skutku, przewidywała zakupienie dokumentacji modułów kosmicznych rakiet - nosicieli. „Jużmasz” to światowe centrum konstrukcji i budowy rakiet, dysponujące unikalną wiedzą oraz kadrami. Nic dziwnego, że koncern przyciąga zainteresowanie wszystkich państw, które pragną stać się potęgami rakietowymi. Północna Korea, Iran czy Pakistan znajdują się w gronie krajów, którym pozostaje korupcyjny model pozyskiwania know-how, za którym stoją służby specjalne. I na tym opiera swoje fake newsy Rosja, która nagłaśnia, jeśli wprost nie stoi za dowodami ukraińskiego udziału w militarnych sukcesach Kim Dzong Ila.

Anatomia kłamstwa

Jeśli przyjrzeć się medialnej fali komentarzy po artykule „NYT” nietrudno dostrzec, iż za lwią częścią antyukraińskich spekulacji stoją kremlowskie środki masowego przekazu. Anatomia kłamstwa opiera się na umiejętnym łączeniu faktycznych grzechów ukraińskich z bezczelnymi kłamstwami. Celem jest wykreowanie negatywnego obrazu Ukrainy. Specjalnym fragmentem jest rzecz jasna nielegalny handel bronią i technologiami, bo takowy wywołuje największe obawy zachodnich społeczeństw, skutecznie podważając międzynarodowy prestiż Kijowa.

Jest także inny cel działań Moskwy. Ukraina, podobnie jak Rosja, należy do największych eksporterów broni i sprzętu wojskowego na świecie. Wprawdzie rosyjski eksport plasuje się na drugim miejscu po USA, a ukraiński zajmuje 8-9 miejsce w zależności od roku, to skutecznie rywalizuje na tych samych rynkach. Wynika to z porównywalnej jakości i ceny uzbrojenia; oba kompleksy zbrojeniowe wywodzą się bowiem z ZSRR. Reprezentują więc tę samą szkołę konstrukcyjną oraz identyczne technologie produkcji. Ukraińska i rosyjska oferta jest nieomal identyczna, jeśli chodzi o uzbrojenie wojsk lądowych. Oba państwa rywalizują na tych samych rynkach Afryki, Azji i Bliskiego oraz Środkowego Wschodu, ponieważ w obu przypadkach broń spełnia tamtejsze wymogi jakościowe oraz pod względem zasobności kieszeni nabywców. Dlatego rosyjskie służby specjalne prowadzą grę bez reguł, mającą na celu wyeliminowanie oferty Kijowa.

Przykładem jest fake news dotyczący rzekomych dostaw ukraińskiej broni dla ISIS. Informacja wyssana z palca, co krok po kroku udowodnił ukraiński portal Stopfake.org założony specjalnie po to, aby demaskować kłamstwa będące fragmentem wojny hybrydowej. Rzekome ukraińskie dostawy miał organizować via Turcja obywatel jednej z monarchii Zatoki Perskiej.

Po dezinformację trzeba sięgnąć do BBC. I tak artykuł brytyjskiego wydawcy dotyczy zupełnie innego aspektu wojny z ISIS, jakimi są fakty przejmowania amerykańskiej pomocy wojskowej dla Kurdów, armii irackiej czy umiarkowanej opozycji syryjskiej przez islamistycznych fanatyków. To prawda, że USA złożyły spore zamówienia na uzbrojenie i amunicję w krajach poradzieckich, która trafia do ISIS zamiast do sił walczących z Państwem Islamskim. Takie same zamówienia składa Arabia Saudyjska, w tym na Ukrainie. To tylko dowód, że ukraińska broń trafia na Bliski Wschód, a nie że Kijów dostarcza broń światowemu kalifatowi.

Na tej samej zasadzie kremlowskie służby spreparowały informację o rzekomej kontynuacji współpracy wojskowo-technicznej pomiędzy Rosją i Ukrainą, pomimo trwającej wojny. Stopfake.org wyjaśnił, że moskiewskie media przedstawiły dokumenty o dostawach ukraińskiej broni z okresu przed rosyjską agresją. Portal zwraca także uwagę, iż hybrydowa strategia kłamstw jest obliczona głównie na zachodniego odbiorcę, a jej celem jest dezinformacja. W tym kontekście mało kto zauważył, że materiał „NYT” na temat ukraińskich silników koreańskich rakiet zawiera także wyraźny wątek rosyjski. Według analiz zachodnich ekspertów, wśród potencjalnych dostawców Kima jest „Energomasz”, jedyny rosyjski koncern produkujący obecnie strategiczne rakiety dla Kremla. Co więcej, ukraiński „Jużmasz” ujawnił dokumenty, wskazujące jednoznacznie, iż od czasu rozpadu ZSRR przekazał Rosji kilka sztuk RD-250. Nie wspominając o tym, że rosyjska armia wycofuje z uzbrojenia pociski SS-18 i w procesie utylizacji dysponuje dziesiątkami takich jednostek napędowych. Korupcja i nielegalny handel bronią ma zaś w Rosji większą skalę, niż na Ukrainie. Jak więc odróżnić prawdę od fake newsa?

Całość w najnowszym numerze.