Rozjechany „żużel”

Zamiast skupiać się na efektywnej pracy, wywiad wyspecjalizował się w pozyskiwaniu pieniędzy w niechlubny sposób.

W ciągu ostatnich lat Agencja Wywiadu stała się najbardziej zdemoralizowaną z polskich służb. Wyłudzenia pieniędzy z funduszu operacyjnego, handlowanie wizami, wycofywanie się z aktywności na terenie dawnego ZSRR, a nawet „zgubienie” pieniędzy niemieckich sojuszników. Lista grzechów Agencji Wywiadu, niegdyś cieszącej się opinią najbardziej elitarnej z polskich służb, jest długa. Ostatnie lata nieodwracalnie nadszarpnęły reputację polskich szpiegów.

Ryba psuje się od głowy

W 2008 r. szefem AW został gen. Maciej Hunia. Mimo to formalnie cały czas pozostawał funkcjonariuszem SWW (Służby Wywiadu Wojskowego), a do AW był tylko delegowany. To pozwoliło mu zarabiać według stawek wojskowych, które są znacznie korzystniejsze niż zarobki w AW. Podobny mechanizm działał w stosunku do zastępcy i bliskiego przyjaciela Huni – pułkownika Pawła Woźniaka.

Zarobki w AW to kwestia drażliwa w „Żużlowni” (jak na swoją firmę mówią pracownicy siedziby przy Miłobędzkiej) i godna osobnego tekstu. Dość powiedzieć, że zapowiedziane przez sejmową komisję ds. służb specjalnych zwiększenie budżetu AW o 24,2 mln zł było witane owacjami. Marne zarobki pracowników i współpracowników AW sprawiały, że przez lata polscy szpiedzy zamiast skupiać się na efektywnej pracy, wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu pieniędzy w niezbyt chlubny sposób. Nawet kradnąc je z funduszu samej AW.

Najsłynniejszym wypadkiem była afera z defraudowaniem środków z kasy pancernej w siedzibie AW. Gotówka w niej się znajdująca pochodziła m.in. od CIA za – według „Washington Post” – udostępnienie aresztu dla członków Al-Kaidy w ośrodku w Kiejkutach. Polski wywiad otrzymał wtedy 30 mln USD, które zwyczajnie wyparowało (nie wiadomo na co zostały przeznaczone). Jeszcze gorzej wygląda przeciek do mediów samej afery z więzieniami CIA. Pierwszy przeciek o tajnych więzieniach pojawił się wśród polskich dziennikarzy po tym, jak AW zamówiła u przedsiębiorcy (bez certyfikatu dostępu do ściśle tajnych informacji) klatkę metalową z sedesem. Kolejnym wrażliwym punktem, o którym nie pomyślano, były wizyty przyjeżdżających na przesłuchania Amerykanów w polskich burdelach. Nikt nie wpadł na to, że nagła inwazja obywateli USA w rejon Starych Kiejkut, da do myślenia, nie tylko okolicznym mieszkańcom i paniom lekkich obyczajów.

Pracownicy AW przychodzili do kasjera – chorążego Andrzeja M. ps. „Carrington” (to nazwisko miliardera z serialu „Dynastia”) i pożyczali pieniądze. Późniejsze śledztwo wykazało, że pieniądze pożyczano np. na mieszkanie, na rozwód czy drobne na życie. Nie wszyscy jednak pożyczone pieniądze oddawali, więc kasjer rozmieniał studolarówki na mniejsze nominały (tak, by zafoliowany blok z banknotami nie wzbudzał podejrzeń), a gdy i tych zaczęło brakować, banknoty zamienił na pocięty papier z góry i z dołu zamknięty studolarówkami. Proceder wyszedł na jaw podczas jednej z kontroli, gdy kontrolerki zwróciły uwagę na podejrzanie jasny kolor bloku z pieniędzmi. – W prokuraturze słyszymy, że Agencja Wywiadu forsuje tezę, iż kasjer wyprowadził pieniądze w ciągu miesiąca. W ten sposób upadnie zarzut wieloletniego braku nadzoru. Prokuratura wątek braku nadzoru umorzyła, nie mogąc doszukać się „znamion przestępstwa”. Dlaczego? Tajne – pisał Wojciech Czuchnowski w „Gazecie Wyborczej”. Oprócz „Carringtona” trudno szukać kogokolwiek pociągniętego do odpowiedzialności po ujawnieniu skandalu.

Handel wizami

Bardziej kreatywny sposób pozyskiwania pieniędzy wymyślili pracownicy AW na placówkach dyplomatycznych. Doszło do niemal przemysłowego handlu wizami. Pierwsze sygnały, że oficerowie są zamieszani w proceder handlu wizami spłynęły do centrali już w 2011 i 2012 roku, przy okazji akcji Straży Granicznej. Najpierw pod lupę trafił konsulat w Łucku, ale szybko okazało się, że zasięg jest znacznie większy i obejmował całą Ukrainę (a według oficerów, z którymi rozmawialiśmy również Białoruś). Sprawę zamieciono pod dywan. Jednak skala procederu była tak wielka, że zwróciła na nią uwagę zaniepokojona CIA. Zbulwersowani Amerykanie zarzucali polskim oficerom na Bliskim Wschodzie (szczególnie w rezydenturze irańskiej) udział w handlu wizami. Obawiano się, że na polskich papierach do krajów Unii Europejskiej mogli przeniknąć terroryści.

Wewnętrzna kontrola wykazała jednak coś jeszcze bardziej kompromitującego. W rezydenturach w Iranie, Rosji, na Ukrainie i Białorusi miano przez lata dopuścić się defraudacji funduszy operacyjnych na kwotę ok. 2 mln USD. Rozliczano wydatki, które nie miały nic wspólnego z działalnością operacyjną. Nasi rozmówcy z AW wskazywali, że oficerowie ze środków funduszy operacyjnych np. wymieniali sobie zamki w domach czy kupowali różne gadżety elektroniczne, ewentualnie niemal hurtowe ilości materiałów biurowych. Pobierano też pieniądze na wakacje z dziećmi, twierdząc, że w ich trakcie dojdzie do spotkań z informatorami.

Kontrole zlecone już przez nowe kierownictwo wykazały nieprawidłowości, wystarczające do skierowania sprawy do prokuratury. Niestety, zwyciężyło przekonanie, iż dla „dobra służby” lepiej zamieść aferę pod dywan, a oficer odpowiedzialna za audyt wydatków rezydentur została postawiona do pionu. Okazało się bowiem, że jeden z oficerów nadzorujących lewe wydatki jest rodzinnie powiązany z szychą w PiS, taką, którą ceni sam Jarosław Kaczyński.

Oprócz handlu wizami, kontrole wykazały siatki fikcyjnych agentów, na których „wynagrodzenia” pobierano pieniądze z funduszu operacyjnego.

Jeszcze gorszy obraz rysują sami pracownicy AW. – Za pieniądze na operacje specjalne od partnerów kupowano papier toaletowy, ołówki, meble, alkohole itp. Zdarzało się, że kasa szła na organizowanie biby – przekonuje były już oficer AW.

Według oficerów Agencji po anonimie, opisującym skalę patologii w AW w ostatnich latach, który trafił do MSZ rok temu, płk Grzegorz Małecki (były szef AW; podał się do dymisji w 2016 r. – red.) chciał złożyć zawiadomienie do prokuratury. Jednak po serii tekstów w mediach, atakujących go i opisujących konflikt ze zblatowanym z starą ekipą zastępcą – Piotrem Krawczykiem (który cieszy się zaufaniem ministrów w rządzie PiS) Małecki podał się do dymisji.

-------------------

Całość w najnowszym numerze.