Syryjska wojna sił specjalnych

Operacja lotnicza jest tylko jednym i wcale nie największym elementem rosyjskiej obecności wojskowej w Syrii.

Nie ma wątpliwości, że przy całym okrucieństwie, wojna w Syrii stała się poligonem doświadczalnym dla światowych sił specjalnych. Szczególnie dla rosyjskich, które po wielkiej reformie wojskowej, zadebiutowały bojowo właśnie w tym konflikcie. Jednak nie tylko, swój udział bowiem mają także jednostki specjalne z Turcji, Iranu, państw Zatoki Perskiej oraz zachodniej koalicji. Doświadczenia są tym cenniejsze, że dotyczą wojny nowego typu, w której cele wielkich mocarstw krzyżują się z interesami graczy regionalnych, wykorzystujących religijną i etniczną mozaikę Bliskiego Wschodu. Całość znajduje hybrydowe odzwierciedlenie w skutecznych działaniach nieregularnych bojówek i partyzantek miejskich, w starciu z którymi klasyczna armia jest właściwie bezradna.

Syryjska lekcja

Gdy w 2015 r. Kreml podjął decyzję o bezpośredniej interwencji wojskowej w Syrii, zadanie wydawało się klarowne i proste. Celem uderzeń rosyjskiej grupy lotniczej było wsparcie armii Bashara al Asada w wojnie z nieregularnymi oddziałami rebeliantów.

Jednak równie szybko rosyjscy wojskowi odkryli skrzętnie ukrywaną prawdę syryjskiego reżimu. Jak twierdzą eksperci prezentujący wiedzę na łamach moskiewskich mediów, tamtejsza armia okazała się kompletnie niezdolna do jakichkolwiek działań, o ofensywnych nie wspominając.

Wpływ na taki rozwój sytuacji miało wiele czynników, z których bodaj najważniejszym był zupełny brak motywacji żołnierzy strony rządowej. Jak się okazuje, pomimo stanu wojny Damaszek nie zdecydował się na powszechną mobilizację, a rekruci kompletowani są jak w czasach pokoju, z ograniczonego poboru.

Dla młodych Syryjczyków walka i śmierć z rąk rodaków lub – co gorsza – sfanatyzowanych bojówkarzy islamistycznych, jest po prostu nie do pomyślenia. Szczególnie, że kadrowy fundament sił zbrojnych stanowią alawici, czyli przedstawiciele mniejszości religijno-etnicznej rządzącej od lat sunnicką większością. Zatem gdy zabrakło zewnętrznego wroga, takiego jak Izrael, a pojawiły się w to miejsce głębokie podziały wewnętrzne, jedna z najsilniejszych armii regionu rozpadła się jak domek z kart. Dopiero w następnej kolejności dało o sobie znać przestarzałe uzbrojenie, a w jeszcze większym stopniu archaiczna doktryna działań wojennych, nieprzystosowana do konfliktu nowego rodzaju. Natomiast siła przeciwnika kryła się w jego słabości. Pozornej trzeba natychmiast dodać, bo atutami była mobilność, znajomość terenu walk, przeszkolenie za sprawą uprzedniej służby wojskowej z poboru oraz wysoka motywacja.

Połączenie czterech czynników stało się decydujące dla zadania armii reżimowej tak wysokich strat, że w 2015 r. Damaszek stanął przed widmem klęski. Oczywiście rebelianci, bez względu na ideową i religijną barwę, musieli czymś walczyć. Jasne jest, że w wyniku rozłamu w armii weszli w posiadanie znacznej ilości broni z arsenałów rządowych. Niemniej jednak bez znaczącej pomocy zagranicznych sponsorów, nie tylko podtrzymanie kilkuletniego oporu, ale utrzymane zdolności ofensywnych byłyby niemożliwe.

I tak za uzbrojeniem tureckiej mniejszości etnicznej w Syrii, a ogólniej, ideowej opcji związanej z panarabskim ugrupowaniem Braci Muzułmańskich, stoją Ankara i Arabia Saudyjska. Bojówki związane z Al-Kaidą otrzymują wsparcie Kataru. Reżim Asada też poszedł po rozum do głowy, a jako że alawici należą do szyickiego pnia islamu, otrzymuje pomoc od Iranu oraz sterowanego przez Teheran libańskiego ugrupowania Hezbollah.

Robert Cheda

------------

Całość w najnowszym numerze "Służb Specjalnych".