Ujawniamy skąd się wziął trotyl na wraku Tupolewa w publikacji „Rzeczpospolitej”

Z majorem Robertem Terelą rozmawia Grzegorz Jakubowski

 

Panie Majorze, jak to było naprawdę z trotylem, który odnalazł Pan na wraku prezydenckiego Tupolewa?

W 2010 roku rodziny ofiar, z którymi się znałem, poprosiły mnie o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy. Sytuacja była spowodowana relacjami pomiędzy ówczesnym szefem BOR, a poszkodowanymi. Nie układały się one najlepiej. Rodziny twierdziły, że nie mogły uzyskać ani pomocy, ani informacji co do okoliczności katastrofy. W 2010 roku zgłosili się do mnie dziennikarze „Gazety Polskiej” Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski. Za ich pośrednictwem poznałem również Anitę Gargas. Już podczas pierwszych spotkań okazali mi części wraku prezydenckiego Tupolewa m.in. elementy poszycia, uszkodzone elementy szyb, blachy konstrukcyjne i inne elementy wyposażenia. Twierdzili, że zostały zebrane na miejscu katastrofy. Dziennikarze ci, powołując się na własne i wiarygodne źródła, przedstawili mi hipotezę zakładającą udział osób trzecich i jednoznacznie twierdzili, że przyczyną katastrofy był wybuch bomby termobarycznej. Nie chciałem zajmować i nie zająłem w tej sprawie stanowiska, tym bardziej, że z rozmowy wynikało, iż dziennikarze nie mieli żadnej wiedzy na temat materiałów wybuchowych i innych środków bojowych, a tym bardziej na temat lotnictwa.

W 2011 roku wspomniani dziennikarze udostępnili mi elementy samolotu, z prośbą o przebadanie ich pod kątem mikrośladów i przeanalizowanie ich hipotezy. Na jednej z próbek spektrometr Sabre oznaczył grupę nitrową TNT (trotyl). Próbkowanie było jednak mało wiarygodne ze względu na duże obarczenie błędem badania. Było to spowodowane przede wszystkim faktem, iż badający, z racji wykonywanego zawodu, miał kontakt m.in. z trotylem.

Czy komuś przekazał Pan tę informację?

Ponieważ nie było pewności, iż jest to wiarygodne badanie informację podałem jedynie w prywatnej rozmowie Bartłomiejowi Misiewiczowi, który był wówczas asystentem Antoniego Macierewicza, szefa zespołu, który badał niezależnie katastrofę. W czasie rozmowy wskazałem, iż może być to mylny odczyt. Jednoznacznie wskazałem również, że na tym etapie, w żadnym wypadku, nie może to być to dowód na udział osób trzecich.

To skąd się wzięła publikacja „Rzeczpospolitej”?

Burza wokół trotylu rozpętała się po nieodpowiedzialnej publikacji Cezarego Gmyza, który nie zwrócił się o wyjaśnienia do ekspertów, tylko oparł się na informacjach od jednego z prokuratorów.

Wśród dziennikarzy panuje przekonanie, że to Pan stworzył teorią o wybuchu i trotylu w Tupolewie.

To pokłosie publikacji m.in. portalu wPolityce.pl, którego dziennikarka zadzwoniła do mnie, wypytywała o różne rzeczy, gdy byłem w biegu. Następnie opublikowała nieautoryzowany „wywiad”, w którym na dodatek zmieniła treść moich wypowiedzi. Mogę tylko dodać, że dziennikarze nieposiadający fachowej wiedzy często zmieniają kontekst precyzyjnej wypowiedzi, tak jak im pasuje.

Coś wartościowego udało się ustalić zespołowi parlamentarnemu?

Moje odczucia są mieszane.

Chodzi Panu o zachowanie szefa zespołu Antoniego Macierewicza?

Absolutnie nie. Chodzi mi o jego otoczenie, kolegów partyjnych.

A co z nimi było nie tak?

Z perspektywy czasu widzę, że ich celem nie było wspieranie prac zespołu i formalizowanie jego dorobku.

Czy były jakieś szczególne wypadki, które zwróciły Pana uwagę?

Tak, kilka. Było kilka sytuacji, które doprowadziły do zniechęcenia mnie do dalszego udziału w jego pracach.

Na przykład?

Wielokrotnie moje stanowisko było torpedowane populistycznymi zachowaniami, a wręcz pustymi przemowami, wprowadzającymi zamęt. Również uczestnicy, niebędący członkami zespołu, wprowadzali zamęt. Np. Tomasz Kaczmarek (słynny „Agent Tomek” z CBA, późniejszy poseł PiS – red.). Jedna z najbardziej zaskakujących sytuacji miała miejsce podczas konferencji z udziałem prokuratorów.

Co się tam wydarzyło?

Zostałem zaproszony przez Antoniego Macierewicza na konferencję z udziałem prokuratorów wojskowych z zaleceniem zadania im pytań stricte technicznych. Kiedy miałem zająć stanowisko i zadać pytania poseł Mariusz Kamiński (dziś szef służb specjalnych w randze ministra koordynatora – red.) wszedł mi w słowo, a następnie podjął polemikę, która zaburzyła przebieg spotkania z prokuratorami. Nie udało mi się zająć stanowiska, ani zadać pytań.

Polemika Mariusza Kamińskiego miała sens?

W mojej ocenie - nie. Ogólną ocenę przemówienia pana Kamińskiego proponuję wywnioskować na podstawie materiału video.

Ma Pan powody, aby nie przepadać za Mariuszem Kamińskim. O co naprawdę chodzi w aferze Polskich Kolei Państwowych z 2016 roku, w której postawiono Panu zarzuty?

W związku z przedłużającym się powrotem do Biura Ochrony Rządu szukałem innej pracy. Aplikowałem m.in. do PKP. Szef wydziału bezpieczeństwa PKP zaproponował mi umowę o dzieło dot. zaplanowania i wykonania instrukcji ruchu osobowego jednego z istotnych obiektów PKP. Na przełomie lutego i marca 2016 roku w PKP dwóch pracowników wyszło z inicjatywą zabezpieczenia obiektów PKP przed ewentualnymi zamachami terrorystycznymi – związane było to z Światowymi Dniami Młodzieży i szczytem NATO.

Ma Pan na myśli prezesa PKP i szefa wydziału bezpieczeństwa?

Nie, pomysłodawcami byli dwaj inni pracownicy biura bezpieczeństwa.

A jaka była Pana rola?

Ograniczyła się do zajęcia stanowiska co do inicjatywy i co do osób zajmujących się takimi realizacjami.

Co było dalej?

Moja rola w PKP zakończyła się szybko, w dniu kiedy kadry BOR poinformowały mnie o pozytywnej weryfikacji i przyjęciu do służby. Poinformowałem szefa bezpieczeństwa PKP, że w związku z przywróceniem do służby w BOR nie mogę kontynuować zlecenia. Zaraz po przyjęciu do BOR skontaktował się ze mną były funkcjonariusz CBA, obecnie prezes firmy Grom Group Tomasz Kowalczyk, z propozycją przeprowadzenia szkoleń pirotechnicznych na dworcach. Odmówiłem, a o fakcie tym poinformowałem SMS-em, a następnie telefonicznie przełożonego – szefa BOR. Po powrocie do służby prezes PKP skontaktował się z szefem BOR, z prośbą o wsparcie spółki w zabezpieczeniu dworców. Po przydzieleniu mnie do PKP moja rola sprowadziła się do merytorycznej oceny i wsparcia w działaniach pionu bezpieczeństwa PKP S.A.

Wówczas biuro bezpieczeństwa PKP odkryło, że firma Grom Group złożyła ofertę za pośrednictwem jednego z wiceprezesów, a biuro inwestycji PKP przekazało ją do biura bezpieczeństwa. Jak się później okazało oferta Grom Group dublowała ofertę realizującego projekt podmiotu.

Później okazało się, że Grom Group bez podpisania umowy realizował już szkolenia. O sprawie dowiedział się prezes PKP. W czasie audytów potwierdziły się informacje dot. działań Grom Group.

Czy media interesowały się tą sprawą?

Od osób związanych z CBA, dowiedziałem się, że za dotykanie „kolegi Mariasza Kamińskiego”, czyli szefa Grom Group, czeka nas kara. Wkrótce też do PKP trafił e-mail z pytaniami od dziennikarza Roberta Zielińskiego.

Czego dotyczyły?

Pytania dotyczyły firmy realizującej projekt, ale jedno z pytań dotyczyło Grom Group. Zorientowałem się kto może stać za tymi działaniami. Nie bez znaczenia była tu rola byłego dziennikarza, specjalisty od public relations Leszka Kraskowskiego – prywatnie kolegi redaktora Zielińskiego, współpracownika jednego z prezesów PKP.

Doszło do spotkania z p. Zielińskim. Później spotkał się on również z szefem BOR. Wydźwięk materiału jaki popełnił była dla nas zaskoczeniem. Wcześniej media apelowały o udział służb i lepszą organizację zabezpieczenia tych imprez, stojąc na stanowisku, że istnieje realne zagrożenie zamachami.

Co ciekawe – gdy PKP prosiło o pomoc np. ABW, ta nie była w stanie jej zapewnić.

Niedawno Policja deklarowała, iż mogła pomóc.

Po fakcie. Inne stanowisko zajmowała na spotkaniach roboczych.

Co wydarzyło się po publikacjach Zielińskiego?

CBA wszczęło postepowanie kontrolne, które nie wykazało nieprawidłowości. Szef BOR wydał mi polecenie służbowe udzielenia wszelkiej pomocy funkcjonariuszom CBA w czasie realizacji ich czynności – do czego się zastosowałem. Szef BOR polecił mi również sporządzenie notatki służbowej dla ministra koordynatora Mariusza Kamińskiego.

W listopadzie 2016 roku Radio Zet informowało, iż został Pan zatrzymany.

Wówczas jeden ze świadków, zeznał, że na moim laptopie widział film z imprezy z udziałem obecnego szefa CBA Ernesta Bejdy oraz innych byłych i obecnych funkcjonariuszy tej formacji. Na zarejestrowanym materiale było udokumentowane drastyczne wydarzenie - atak na mnie przy użyciu niebezpiecznego narzędzia. Kilka dni po złożeniu tych zeznań Prokurator w asyście funkcjonariuszy CBA nakazał wydanie moich rzeczy – w tym wszystkich nośników danych, a nawet starych kaset wideo. Również w listopadzie CBA przyszło do mieszkania mojej narzeczonej i tam też poszukiwało nośników.

Wtedy też zarekwirowano Pana broń?

Nie – w sprawie miałem status świadka.

Co było dalej?

Byłem zobowiązany do podpisania dokumentacji i sporządzenia notatek służbowych. W marcu 2017 roku ponownie przyszło do mnie CBA, tym razem z postanowieniem doprowadzenia do Prokuratury. Ponownie też przeszukano mieszkanie moje i narzeczonej, bez mojego udziału. W czasie przeszukania byłem przetrzymywany w kuchni, do zakończenia czynności.

Kilka dni później funkcjonariusze CBA przyjechali do domu mojej mamy. Ta sytuacja bardzo źle odbiła się na jej zdrowiu.

Później przez dwa tygodnie musiałem interweniować za pośrednictwem Prokurator w celu skutecznego przekazania borni do Policji. W odpowiedzi usłyszałem od Prokurator, iż CBA chce przestrzelić moją broń. Poinformowałem ją, iż CBA nie ma prawa rozpieczętować zabezpieczonej broni i amunicji.

Na tym Pana kontakty z CBA się zakończyły?

Nie do końca. Wkrótce po przeszukani w domu mojej mamy, doszło do wtargnięcia na posesje, w którym uczestniczyli bliscy znajomi ministra Kamińskiego i Ernesta Bejdy – w tym p. Szymon Sikora. O sprawie poinformowałem Policję.

Znamienne jest, iż od marca 2017 roku żadna redakcja nie pozwoliła mi skomentować swoich rewelacji na temat PKP. Większość mediów – jak np. niedawno TVP, pomówiło mnie bez szansy wypowiedzenia się, co bardzo źle świadczy o ich wiarygodności, rzetelności i intencjach.