Ujawniamy!

Ostrzegliśmy Amerykanów przed zamachami 11 września 2001 r.

Polskie służby w sierpniu 2001 r. informowały kraje NATO o planowanym zamachu. Nikt tajnej depeszy nie wziął jednak na poważnie. Amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) była zapatrzona w nasłuch elektroniczny, a ten przestał działać na dwa dni przed atakiem na Nowy York.

Informacja z Bliskiego Wschodu

Sierpień 2001 r. W Polsce trwa kampania wyborcza. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że do rządów wróci lewica. W Londynie IRA przeprowadziła jeden z ostatnich swoich zamachów. Zginęło siedem osób. Do ataku terrorystycznego doszło też w Jerozolimie. UNITA w Angoli zorganizował atak na pociąg z uchodźcami. Niemal w tym samym czasie komórka polskiego wywiadu na bliskim wschodzie zdobyła informacje, która zelektryzowała mieszczący się przy ul. Miłobędzkiej w Warszawie zarząd wywiadu Urzędu Ochrony Państwa. Wynikało z niej wprost, że Al Kaida planuje duży zamach na jeden z krajów NATO. Polacy rozpoczęli grę operacyjną, aby uzyskać jak najwięcej danych. Pewne było, że zamach będzie miał miejsce. Trzeba było jeszcze potwierdzić gdzie i na kogo. Wszystkie zebrane dane wskazywały, że może chodzić o USA lub Wielką Brytanię. W połowie sierpnia 2001 r. informacja o planowanym ataku została przekazana do kwatery NATO. Trafiła też do centrali CIA w Langley. Ujawniamy kulisy jednej z najbardziej tajemniczych operacji polskiego wywiadu. Operacji, która – gdyby nie została zlekceważona – mogła zmienić losy świata.

Pierwsze ostrzeżenie

Bliski Wschód od lat 70. XX wieku był domeną polskich służb specjalnych. Kiedy w 1989 r. zmienił się układ sił, padł mur berliński, Polacy zachowali kontakty w Syrii czy Iraku. Byli również obecni w Afganistanie. Zachodnie służby coraz bardziej korzystały z wywiadu elektronicznego. Zupełnie zapominając o tym, jak ważna jest praca ze źródłami osobowymi. – Nas na zaawansowaną elektronikę nie było stać. Mogliśmy jednak nadal pracować ze źródłami – opowiada jeden z oficerów wywiadu.

Mieliśmy nie tylko kontakty na bliskim wschodzie, ale też dobrze orientowaliśmy się w miejscowej kulturze i obyczajach. – Pamiętam, jak przy jednej ze wspólnych operacji miałem wprowadzić w klimat dwóch czy trzech oficerów CIA. Nic z Bliskiego Wschodu nie rozumieli. Poszli ze mną na targ. Miejscowi sprzedawali na nim takie małe dywany do modlenia. Amerykanom bardzo się spodobały. Płacili ile chcieli tubylcy. Nie rozumieli dlaczego dają pieniądze, a oni są na nich źli. Nie znali bowiem zasady, że Arab lubi się targować, a kupno po cenie, którą podał było dla niego obraźliwe – opowiada były szef komórki Wojskowych Służb Informacyjnych na Bliskim Wschodzie.

Dzięki pracy ze źródłami Polacy wielokrotnie byli w stanie zdobyć bardziej cenną informację niż naszpikowane elektroniką stacje nasłuchowe i satelity. Tak było w październiku 2000 r. Polski wywiad wojskowy dzięki pracy ze źródłami zdobył informacje o planowanym zamachu na amerykański statek USS Cole. – Przekazaliśmy Amerykanom informacje by nie wpływali do portu w Jemenie, bo Al Kaida szykuje zamach na ich okręt. Nie uwierzyli. Powiedzieli, że oni nie mają takich danych. Nasze ostrzeżenie zostało zignorowane – mówi emerytowany pułkownik WSI. 12 października USS Cole, mimo informacji przekazanych przez sojuszniczą służbę, wpłynął do portu w Jemenie. Okręt został zaatakowany przez Al Kaidę za pomocą małej motorówki, która była wypełniona po brzegi materiałami wybuchowymi. Załoga łódeczki podpłynęła, nie zaczepiana przez nikogo, do burty USS Cole. Sami Amerykanie myśleli, że terroryści są ich sprzymierzeńcami i mają przyjacielskie nastawienie. Wyładowana materiałami wybuchowymi motorówka uderzyła w burtę USS Cole. Wybuch zrobił w okręcie wyrwę o średnicy 12 metrów. W wyniku zamachu zginęło 17 marynarzy. Niszczyciel musiał przejść gruntowny remont. Do służby USS Cole wrócił w 2002 r. – Gdyby nas posłuchali, nikt by nie zginął. Ale uznali, że my nic nie wiemy o Bliskim Wschodzie – mówi emerytowany pułkownik WSI.

Całość w najnowszym numerze.