Zabić prezydenta!

Na ćwierć wieku przed katastrofą Smoleńską, na terytorium RPA rozbija się Tupolew prezydenta Mozambiku. O zorganizowanie zamachu podejrzewano południowoafrykańskie służby, ale to właśnie one, na podstawie Konwencji Chicagowskiej, badały przyczyny. Komisja uznała, że do wypadku doszło wyłącznie na skutek błędu pilotów. Prawdziwe przyczyny dopiero poznajemy po latach.

Jest późny wieczór 19 października 1986 r. Samolot Tu-134 z prezydentem Mozambiku Samora Machelem na pokładzie leci z Mbala (Zambia) do Maputo – stolicy Mozambiku. Szef afrykańskiego państwa śpieszy się do domu. Jego żona – Graca Machel – obchodzi właśnie urodziny. Jak wynika z stenogramów rozmów w kokpicie, obsługująca lot rosyjska załoga jest wypoczęta i zrelaksowana. Nie spodziewa się problemów. Zbliżając się do lotniska samolot obniża lot. Nagle, gdy osiąga pułap 5800 metrów wykonuje skręt o 37 stopni w prawo i zaczyna lecieć w kompletnie złym kierunku – w stronę granicy z Republiką Południowej Afryki. Załoga jednak nie zgłasza żadnych problemów. W dalszym ciągu obniża lot. Wydaje się, że nikt nawet nie zauważył sporego zejścia z kursu. Mijają kolejne minuty. Zgodnie z procedurami opuszczane zostają najpierw klapy, a następnie podwozie. Wszystko wskazuje na to, że załoga wciąż uważa, że jest na prawidłowym ścieżce do lądowania. Teraz jednak zaczynają się lekko niepokoić. Mimo dobrej widoczności wciąż nie widzą świateł lotniska. Powinni też już odbierać sygnał ILS – systemu naprowadzającego do lądowania. Lotnisko w Maputo ma przecież odpowiednie urządzenia. Może doszło do awarii? Nie byłoby to nic dziwnego. W ciężkim klimacie tropikalnej Afryki tak skomplikowane urządzenia psuły się szybciej i częściej, niż gdzie indziej. Poziom wyszkolenia personelu technicznego też nie był przecież najwyższy.

O godzinie 19:21:02 – w kokpicie rozlega się sygnał systemu GPWS, ostrzegający, że samolot leci zbyt nisko. Załoga nie reaguje. Wciąż myślą, że są na dobrym kursie i na właściwej ścieżce podejścia. Pół minuty później jest już za późno na jakąkolwiek reakcję. O godzinie 19:21:36 lecący już nad terytorium RPA, na wysokości 670 metrów, z prędkością 411 kilometrów na godzinę samolot, uderza w zbocze góry. Giną 34 przebywające na pokładzie osoby, w tym prezydent. Na ćwierć wieku przed katastrofą Smoleńską na terytorium RPA rozbija się Tupolew prezydenta Mozambiku. O zorganizowanie zamachu podejrzano południowoafrykańskie służby, ale to właśnie one, na podstawie Konwencji Chicagowskiej, badały przyczyny. Komisja uznała, że do wypadku doszło wyłącznie na skutek błędu pilotów. Prawdziwe przyczyny dopiero poznajemy po latach.

Motywy zamachu

Z uwagi na to, że samolot rozbił się na terytorium RPA, dochodzenie prowadzone było przez agendy tego, skonfliktowanego politycznie z Mozambikiem kraju. Przybyli na miejsce oficerowie służb specjalnych natychmiast wykonali kopie wszystkich znajdujących się na pokładzie dokumentów. Zabrali też czarne skrzynki – później rząd RPA będzie odmawiał wydania ich. Dochodzenie odbywało się na podstawie Konwencji Chicagowskiej. Ten dokument przewiduje, że główne czynności wykonują służby tego państwa, na terytorium którego doszło do wypadku. To dobrze działająca procedura, ale nie wtedy, gdy dwa kraje prowadzą ciągłe spory, a śmierć ponosi głowa państwa. Swoich akredytowanych przedstawicieli wysłały Mozambik oraz Związek Radziecki – jako kraj producenta samolotu był do tego upoważniony. Ale niewiele mogli zrobić. Południowoafrykańskie władze robiły co mogły, by blokować im dostęp do materiałów. Ostatecznie oba kraje wycofały swój udział w śledztwie, a komisja uznała w raporcie końcowym, że przyczyną były błędy załogi i lekceważenie przez nich procedur lądowania bez widoczności ziemi.

Ten dokument wzbudził od razu wiele kontrowersji. Opracowany przez komisję pracującą w Związku Radzieckim raport, wprost oskarżał służby specjalne RPA o dokonanie zamachu. Motyw był. W RPA wówczas jeszcze świetnie trzymały się ultrakonserwatywne rządy białej mniejszości. Komunistyczny reżim prezydenta Machela był z nimi niemal w stanie wojny. Różnica była tylko taka, że nikt jej oficjalnie nie wypowiedział, a działania zbrojne prowadzono na terytorium jeszcze innego państwa – Zimbabwe. Dodatkowo, zachowane stenogramy z posiedzenia rządu w Johannesburgu wyraźnie wskazują na stale narastający przez kilka miesięcy konflikt między oboma państwami. Część ministrów otwarcie przyznawała, że ich zdaniem regularna wojna jest tylko kwestią czasu. Jej wynik był trudny do przewidzenia. Choć RPA dysponowała silną i zaprawioną w bojach armią, to w związku z panującym tam apartheidem była osamotniona na arenie międzynarodowej. Mozambik zaś mógł liczyć na poparcie nie tylko innych afrykańskich państw, ale i wciąż jeszcze potężnego ZSRR. Tymczasem Mozambik aktywnie wspierał nielegalną czarną opozycję skupioną wokół Nelsona Mandeli. RPA odwdzięczała się finansowaniem i dostarczaniem broni dla zwalczającej prezydenta Machela partyzantki RENAMO.

Kierunek: śmierć

Operacjami specjalnymi na kierunku Mozambik dowodziło dwóch ludzi. Mózgiem był generał brygady Jac Buchner. Wykonawcą major Craig Williamson. W służbach specjalnych RPA nie było bardziej bezwzględnego człowieka. Wcześniej zwalczał zwolenników Nelsona Mandeli. Nie w kraju – tam byłoby to proste. On polował na opozycjonistów na całym świecie. Na początku lat 80. w wielu krajach dochodziło do zamachów bombowych. Ginęli działacze Afrykańskiego Kongresu Narodowego i ich rodziny. Major Williamson był skuteczny. Zabójczo skuteczny. W 1984 r. dostał nowe zadanie – obalić władze w Mozambiku. Początkowo planowano użyć do tego celu partyzantów. RENAMO, czyli Narodowy Ruch Oporu Mozambiku był prawicowym ruchem założonym przez białych oficerów dawnej republiki Rodezji. Już od kilku lat zbrojnie zwalczał komunistów prezydenta Machela. Jednak ich akcje, wspierane okazjonalnymi wypadami oddziałów specjalnych z armii RPA, nie wystarczyły, by wygrać.

Williamson poznał plan lotu prezydenckiego Tu-134 z meldunków jednego ze specjalnie zwerbowanych do tej operacji agentów. Był to zambijski pilot Frankeson Zgambo. Nie miał żadnych trudności by dobrać się do odpowiednich dokumentów, które musiały być przez załogę składane do personelu kontroli lotów w Mbala. Miał wszystkie potrzebne informacje i mógł działać. W dniu katastrofy w pasmo górskie przy granicy wysłano żołnierzy z Dyrektoriatu Zadań Specjalnych Dywizji Wywiadu Wojskowego RPA. Jednostką dowodził generał brygady Cornelius van Niekerk, który od 1980 r. kierował operacjami partyzantki RENAMO.

W latach 80. samoloty kierowały się na docelowe lotnisko odbierając sygnał z zamontowanej w pobliżu pasa startowego radiolatarni. Było to – oprócz mapy i kompasu – jedyne wówczas narzędzie nawigacyjne. Dziś wiemy, że feralny zakręt wykonany przez samolot był wynikiem kierowania się sygnałem innej radiolatarni, niż będącej na lotnisku w Maputo. I to takiej, której wcześniej nie było. Miesiąc przed katastrofą w Dolinie Węży – bazie 4. Grupy Artylerii Przeciwlotniczej RPA – rozpoczęto konstrukcję mobilnej radiolatarni. W połowie października gotowy już sprzęt załadowano na ciężarówki i wywieziono w nieznanym kierunku. Powrócił do bazy tuż po śmierci prezydenta Mozambiku.

Fałszywą radiolatarnię, która miała skierować samolot na zły kurs, zamontowano w idealnym miejscu. Sprowadzała prezydenckiego Tupolewa nie tylko na pasmo górskie, ale na zamknięty teren wojskowy, w pobliżu postawionej niecały rok wcześniej bazy sił specjalnych o nazwie kodowej „Podstacja 4”. Ale samo włączenie takiego urządzenia nie wystarczyłby do zmylenia doświadczonych pilotów. Jedynym przypadkiem, w którym samolot zacząłby lecieć w kierunku innej radiolatarni, byłoby chwilowe wyłączenie urządzenia znajdującego się w Maputo. I właśnie tak się stało. Było to możliwe, gdyż jedna z osób pracujących tego feralnego dnia na wieży kontrolnej – Cornelio Vasco Cumbe – został zwerbowany przez służby specjalne RPA i przyjął fałszywą tożsamość, pseudonim Roberto Santos Macuacua. Badającym później katastrofę śledczym nie udało się jednak niczego udowodnić, gdyż okazało się, że w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły taśmy z nagraniami z wieży.

Przez kolejnych dziewięć godzin po rozbiciu się samolotu panowała zupełna cisza w eterze. Dopiero po takim czasie władze w Maputo zostały poinformowane, że samolot wiozący głowę ich państwa uległ katastrofie. Te dziewięć godzin wystarczyło by będący na miejscu żołnierze z wywiadu wojskowego przechwycili i skopiowali wszystkie dokumenty z pokładu prezydenckiego samolotu, a następnie odstawili je na miejsce.

 

Post Scriptum

• Wobec narastającej nieufności w stosunku do oficjalnej wersji katastrofy, w 1998 r. powołano kolejną komisję międzynarodową do zbadania przyczyn wypadku. Choć nie wydała pewnego werdyktu co do możliwości zamachu, to stwierdziła ona, że przyjęte wcześniej ustalenia o winie pilotów są wątpliwe, a wiele dowodów świadczy o celowym działaniu wojskowych służb specjalnych RPA.

• Major Williamson zeznał przed komisją, że nigdy nie uczestniczył w jakichkolwiek przygotowaniach do zamachu na Machela. Nigdy nie poniósł kary za inne, udowodnione mu zabójstwa. Podobnie jak wielu innych zbrodniarzy ery apartheidu, objęła go specjalna amnestia. Część badaczy przypisuje mu również zorganizowanie zabójstwa szwedzkiego premiera Olafa Palme. Jego rola w tej operacji pozostaje jednak niewyjaśniona.

• Jac Buchner awansował. Przeszedł na emeryturę w 1994 r. w randze generała dywizji.

• Graca Machel, żona zmarłego prezydenta, wyszła później za Nelsona Mandelę. Tym samym jest chyba jedyną osobą w historii, która była pierwszą damą dwóch różnych krajów.

• Śmierć prezydenta nie zmieniła sceny politycznej w Mozambiku. Jego partia – Front Wyzwolenia Mozambiku – rządzi tym krajem do dziś.