Zimny Reset

Stosunki Rosji z USA są najgorsze od 1991 roku.

Wygrana w wyborach prezydenckich Donalda Trumpa była postrzegana, jako szansa na normalizację stosunków dyplomatycznych dwóch mocarstw, które rozchwiała wojna w Syrii. W USA, niczym w osmańskiej Turcji, nowy prezydent oznacza zmianę kursu dyplomatycznego. Prezydentura Donalda Trumpa nie przyniosła złagodzenia dialogu z Rosją. Co więcej, oba mocarstwa atomowe pałają do siebie jeszcze większą nienawiścią niż rok temu.

Awantura wyborcza

Nikt nie policzył, ile szampanów wypito na Kremlu w noc, kiedy podano wyniki ostatnich wyborów prezydenckich w USA. Do Donalda Trumpa przylgnął wizerunek rusofila i przyjaciela Władimira Putina. Rosjanie wszelkimi środkami starali się nie dopuścić do wygranej Hillary Clinton, o której mówiono w Moskwie per „diablica”. Blady strach padł na kraje naszego regionu po tym, jak w USA wybuchła afera związana z wpływem Rosjan na wyniki wyborów. Prezydent USA wybrany głosami Rosjan to powrót do sytuacji sprzed 1989 r. Doniesienia o aktywnym wsparciu przez Rosjan kandydata Donalda Trumpa podcięły możliwość prowadzenia własnej polityki wobec Rosji przez nowego prezydenta USA. Każdy przyjazny gest wobec naszego sąsiada byłby uważany za koronny dowód przyznania się do bycia rosyjskim prezydentem USA.

Administracja Baracka Obamy jeszcze przed zaprzysiężeniem Donalda Trumpa oskarżyła Rosjan o to, że wpływali na wynik starcia wyborczego Trump-Clinton. To był największy ruch polityczny za czasów prezydentury Baracka Obamy. Demokraci i część republikanów sprawili, że Trump ugrzązł w rosyjskim narożniku i zagwarantował stabilność amerykańskiej polityki. Niemal natychmiast po wyborach Amerykanie zapowiedzieli podjęcie kroków, które miałyby stanowić odpowiedź na działania zaczepne Moskwy. Karą miało być wydalenie rosyjskich dyplomatów, których określono jako „intelligence operatives”, czyli agentów wywiadu. USA objęły też sankcjami, w tym zakazem wjazdu na terytorium USA hakerów, którzy mieli dokonać włamań na amerykańskie serwery. W grudniu zeszłego roku FBI oraz CIA doszły do zgodnego wniosku, że to Rosja stała za wyciekiem szkodliwych dla Hillary Clinton informacji w trakcie kampanii prezydenckiej. Obama zapowiedział, że w tej sprawie spotka się z szefami amerykańskich służb specjalnych. Podjęte w grudniu 2016 r. działania amerykańskiej administracji były najbardziej dalekosiężnymi oficjalnymi retorsjami USA wobec Rosji od czasów zakończenia zimnej wojny. Amerykanie ujawnili listę adresów komputerowych związanych z rosyjską agresją w cyberprzestrzeni. Jednocześnie wprowadzili sankcje wobec FSB oraz GRU, a także wobec trzech firm, które są uważane za cywilne odnogi GRU. Podali także dwa nazwiska podejrzanych o ataki na systemy teleinformatyczne w USA. To Evgeniy Bogachev i Alexey Belan.

Tymczasem prezydent elekt Donald Trump wezwał jeszcze urzędującą administrację Baracka Obamy do przedstawienia dowodu na ataki hakerów z Rosji. Gra toczyła się nie tylko o wizerunek prezydenta elekta, ale również o jego swobodę działania jako przyszłego prezydenta USA. Sean Spicer twierdził, że pogląd na kwestię zaangażowania Rosjan w kampanię prezydencką Donalda Trumpa może się zmienić, jeżeli Obama przedstawi więcej mocnych dowodów. Obecnie amerykańscy urzędnicy twierdzą, że to Rosjanie stali za ujawnieniem maili Hillary Clinton. Natomiast portal WikiLeaks miał zostać wykorzystany przez agentów KGB oraz GRU do publikacji maili. Co więcej, Rosjanie mieli wkraść się także na konto e-mail Johna Podesty. To właśnie on przewodniczył kampanii prezydenckiej kandydatki demokratów. Administracja odchodzącego prezydenta wydała również dokument zawierający analizę sytuacji. Całej akcji nadano kryptonim „Grizzly Steppe”. Przedstawiono listę hakerów oraz podsumowano dokonane przez nich ataki. Na swoim koncie ta grupa hakerów ma ataki na think-tanki, uniwersytety i korporacje. Poza dwiema służbami rosyjskimi, amerykanie wskazali na Specjalne Centrum Technologiczne położone w Petersburgu. Drugim cywilnym filarem operacji miał być ZorSecurity, wspierany aktywnie przez agentów i techników z GRU.

W odpowiedzi na oskarżenia Trump spotkał się z szefami CIA, FBI i NSA. Po spotkaniu zapowiedział, że powoła zespół, który zajmie się wyjaśnieniem kwestii ataków cybernetycznych. Zapowiedział też, że jego administracja skupi się na wysiłkach w celu ochrony przed przyszłymi atakami cybernetycznymi. Jednocześnie stanowczo zaprzeczył, aby ataki hakerskie miały wpływ na wynik wyborów. Prezydent elekt zwrócił uwagę na ataki hakerów z Chin. Całkiem niedawno wywiad chiński miał wykraść tajne dane z serwerów instytucji rządowych w USA. Trump zwrócił uwagę, że nikt nie oskarża Chin o manipulacje wyborcze w Stanach Zjednoczonych.

Lęki sojusznika i fake newsy

To brytyjski wywiad miał dostarczyć Amerykanom informacje na temat zaangażowania Rosjan w proces wyborczy w USA. Brytyjczycy potwierdzili informację amerykańskich służb, że Władimir Putin nakazał wielokierunkowe działania służb, w tym ingerencję w wyborach na rzecz Donalda Trumpa. Brytyjczycy jeszcze w trakcie kampanii wyborczej w USA obawiali się zbliżenia na linii Trump – Putin. Prorosyjska postawa Trumpa w zakresie polityki zagranicznej zagrażała pozycji Londynu na arenie międzynarodowej. Zwłaszcza teraz, kiedy Wielka Brytania dąży z całą stanowczością do Brexitu. W żywotnych interesach Brytyjczyków są jak najlepsze relacje z młodszym, ale większym bratem. Zbliżenie na linii Waszyngton – Moskwa zagraża Londynowi, który po skonfliktowaniu się z Berlinem i Paryżem popadłby w izolację na arenie międzynarodowej.

W pierwszej połowie stycznia 2017 r. Stany Zjednoczone oraz świat obiegła informacja, że rosyjskie służby posiadają kompromitujące Trumpa materiały. Co ciekawe, tak jak w przypadku raportu, który wskazywał na rosyjskie zaangażowanie i tym razem informacja o hakach na Trumpa wyszła z kręgów brytyjskiego MI6. Za oficjalnego autora raportu, który jest przedmiotem zainteresowania amerykańskich służb podaje się były oficer brytyjskiego wywiadu MI6, Christopher Steele, który założył prywatną agencję wywiadowczą zaraz po odejściu ze służby. Niezwykle istotne jest to, że agencja ta została wynajęta przez rywali miliardera w republikańskich prawyborach. Chodziło o ustalenie, czy istnieją powiązania pomiędzy sztabem republikanów a służbami rosyjskimi. W raporcie tym można przeczytać, że rosyjskie służby od lat rozpracowywały kandydata republikanów. Chodzi o spotkania Trumpa z przedstawicielami Kremla. Jako okoliczność obciążającą podaje się, że Prezydent elekt prowadził w Moskwie finał konkursu Miss Universe. Miał też odbywać w Rosji szereg spotkań biznesowych, podczas których Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji nagrywała orgie z udziałem przyszłego prezydenta USA. Jedna z takich orgii miała mieć miejsce w prezydenckim apartamencie w hotelu Ritz Carlton w Moskwie. Raport zawiera nawet jej opis.

Całość miała zostać zarejestrowana dzięki umieszczonym przez FSB kamerom i mikrofonom w ww. apartamencie. Jakby tego było mało, orgia miała swój finał na łożu, na którym wcześniej spał Barack Obama i pierwsza dama. Jak twierdzi Christopher Steele, raport oparł na swoich źródłach w rosyjskim rządzie i informatorach z hotelu Ritz Carlton. Były oficer MI6 twierdzi też, że Trump korzystał z usług prostytutek w trakcie swoich wizyt w Petersburgu. Autor raportu zwrócił szczególną uwagę na sposób działania Rosjan, którzy nie szantażowali Trumpa. Od samego początku usiłowali zdobyć jego sympatię. Między innymi oferowali serię intratnych interesów, na które ten jednak się nie zgodził.

Informację o rzekomych hakach podały największe i najpoważniejsze media na świecie. Jak się okazało, informacje te zostały szybko zdementowane. Zastanawiający jest fakt, że FBI prowadziło postępowanie dotyczące włamań na serwery obu partii tj. republikańskiej i demokratycznej. Śledztwo wykazało, że Rosjanie włamali się na serwery partii republikańskiej na szczeblu stanowym. Z nieznanych powodów sztab wyborczy demokratów odmawiał udostępnienia swoich sieci teleinformatycznych. Agenci FBI wielokrotnie zwracali się o ich udostępnienie. Ich prośby były ignorowane. I tak jedynym dowodem na to, że to Rosjanie lub ktokolwiek włamali się na skrzynki e-mail i serwery partii demokratycznej jest raport „byłego” agenta MI6. Przypomnijmy, że raport ten został sporządzony na zlecenie właśnie partii demokratycznej.

Wirtualna kampania wyborcza

Rosjanie od kilku lat oskarżani są o tzw. trolling w internecie. Chodzi o manipulację opinią publiczną przy pomocy aktywności na forach internetowych i portalach społecznościowych. W 2014 r. popularność zdobył zwrot „Trole z Olgino”. To grupa kont zarejestrowanych na głównych forach dyskusyjnych, które były wykorzystywane do promowania stanowisk i poglądów zbieżnych z polityką Kremla. Chodziło głównie o kształtowanie opinii na temat wydarzeń na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. „Trole z Olgino” stały się powszechnie rozpoznawalne w czerwcu 2015 r., kiedy to rosyjska Agencja Badania Internetu z siedzibą w Sankt Petersburgu została zdemaskowana, jako posiadająca dane z fałszywych kont internetowych. W pierwszej połowie 2014 r. rozpoczęła się zorganizowana kampania online. Jej celem miała być zmiana opinii publicznej w Europie i USA. Rosyjskie służby miały stać za prorosyjskimi komentarzami na takich portalach internetowych jak „Fox News”, „The Huffington Post”, „The Blaze” czy „Politico”. Wyciekły nawet informacje dotyczące rzekomych wymogów pracy stawianych trollom. Trolle miały także aktywnie wspierać kampanię Donalda Trumpa.

Co ciekawe, w 2016 r. do Polski przyjechała delegacja członków Komitetu Wywiadu Senatu USA. W cieniu sporu politycznego wokół Trybunału Konstytucyjnego przemilczano prawdziwy cel wizyty Senatora McCain’a. Amerykanie badali kwestię rosyjskich wpływów na wynik wyborów w Polsce i na Ukrainie. Senator Angus King powiedział nawet, że taktyka operacyjna stosowana przez rosyjskie służby w czasie wyborów w USA w 2016 r. była analogiczna do tej stosowanej wobec innych krajów.

Ostatnio na jaw wyszła informacja, że Rosjanie mogli chcieć manipulować wynikami wyborów w USA za pomocą Facebook’a. Rosyjskie służby miały wykupić reklamy na popularnym portalu społecznościowym, które uderzałyby w Hillary Clinton. Rosjanie mieli wydać na całą operację 100 tysięcy dolarów. Czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje średniej klasy dwupokojowe mieszkanie w Warszawie. Według demokratów, Rosjanie z negatywnym przekazem na temat ich kandydatki mogli dotrzeć do milionów osób. Od lipca 2015 r. do maja 2017 r. (sic!) Rosjanie mieli wykupić 3 tysiące antyreklam na temat liderów demokratów w tym Hillary Clinton. Najpoważniejsze szacunki mówią o nawet 229 milionach osób, które Rosjanie mogli próbować poddać negatywnej propagandzie. W rzeczywistości szacunki te są zawyżone, gdyż nawet najbardziej efektywna kampania reklamowa, która dotarłaby do 229 milionów osób musiałaby kosztować dziesiątki miliardów dolarów. Co więcej, demokraci i przeciwnicy Donalda Trumpa nie są w stanie udowodnić, że wykupienie reklam na Facebook’u miało jakikolwiek wpływ na przebieg prezydenckiej kampanii wyborczej w USA.

Całość w najnowszym numerze.